Halo! Ziemia!

08:43:00


Dziecko ma alergię. Wiem to. Matczyna intuicja wręcz krzyczy, że tak jest. Niestety jest niedziela, a co za tym idzie, muszę poczekać jeszcze jeden dzień na wizytę w przychodni. Męczymy się więc nadal. Oczy podpuchnięte, nos wyglądem przypomina śliwkę. Co chwilę słyszę tylko "wytrzyj mi nos". W pewnym momencie mam już dość i strasznie chciałabym, żeby ten dzień się już skończył. Tak bardzo marze o poniedziałku.

Nie mogę patrzeć jak to biedne dziecko się męczy ale z drugiej strony nie jestem w stanie mu w żaden sposób pomoc. Podaję krople do oczu aby choć trochę zminimalizować objawy. 

Pogodą piękna, iście wiosenna. Świetny dzień na spacer. Trochę parno, duszno ale pięknie. My nie spacerujemy. Siedzimy w domu. Wyszliśmy na dosłownie kwadrans i skończyło się to serią kichania po powrocie. Nie ryzykujemy, siedzimy w domu.


W poniedziałkowy poranek zrywam się z łóżka chwilę przed siódmą. Piję kawę, jak co dzień i przygotowuję się na wykonanie serii telefonów do przychodni. Rejestracja rozpoczyna się o 7:30. Zaczynam dzwonić już kwadrans wcześniej. Doskonale znam realia, wiem jak wygląda próba rejestracji telefonicznej. Na początku słyszę tylko, że numer jest wyłączony. Czynność powtarzam jednak co pięć minut, po to tylko aby o 7:32 usłyszeć "przepraszamy, wybrany numer jest zajęty". Uff... Telefon włączony. I w ty momencie zaczyna się bój o miejsce...


Dzwonię jak szalona. Ciągle. 

Numer zajęty- rozłącz- wybierz numer- dzwoń- numer zajęty- rozłącz... 
Tak to właśnie wygląda. Tu nie ma czasu na "odczekanie" aż ktoś skończy rozmawiać. Tu zaczyna się walka o wolną linię. Więc walczę. Udaje mi się po chwili usłyszeć magiczny dźwięk sygnału. Nikt nie podnosi słuchawki. Bywa... Rzadko kiedy udało mi się dodzwonić za pierwszym "dzwonkiem". Nie poddaję się więc i dzwonię dalej. 
Numer zajęty- rozłącz- wybierz numer- dzwoń- numer zajęty- rozłącz... 

Mijają kolejne minuty. Czas pędzi nieubłaganie. Boję się, że zanim się dodzwonię to już wolnych miejsc nie będzie. Najczęściej wszystko rozchodzi się w ciągu trzydziestu minut.


Prawa ręką trzymasz szczoteczkę i myję zęby. Lewą wybieram kolejne połączenia. Cisza...


Jakoś mnie to nie dziwi. Jedna pielęgniarka na porannej zmianie, która musi dzieci zarejestrować, powyjmować karty, wklepać dane do komputera, karty zanieść do gabinetów. Nic dziwnego, że nie ma kiedy podnieść słuchawki, skoro w przychodni kilkumetrowa kolejka. Absolutnie nie mam do niej pretensji. Przecież to nie jej wina. 



Służba zdrowia? Brakuje ludzi do pracy, rodzice obgryzają paznokcie z telefonem przy uchu, dzieci zachodzą się od płaczu z powodu bólu, strachu i nie wiadomo jeszcze czego. Wisi się "na telefonie" jak małpa na gałęzi, licząc na symbolicznego banana. Tylko licząc bo czy się go dostanie to inna para kaloszy...
245 wykonanych połączeń do przychodni, żeby zarejestrować dziecko. Tylko albo aż 245!!! 230 razy usłyszałam "przepraszamy, wybrany numer jest zajęty". A ja nie chciałam, żeby ktoś mnie przepraszał. Ja chciałam tylko dziecko zarejestrować. Chciałam, żeby ktoś w końcu podniósł słuchawkę, gdy jestem na tej nieszczęsnej linii. 

15 razy miałam przyjemność być na linii, słyszeć cudowny sygnał połączenia. Żadnego nikt nie odebrał. Ojciec syna zarejestrował osobiści w przychodni. O dziwo, jeszcze miejsca były, choć na zegarze 8:15 (do 8 najczęściej już wszystko zajęte). 


Chce mi się krzyczeć RATUNKU!!! Bo ja poczekam, moje dziecko też. Ale co, jeśli przyjdzie dzwonić samotnej matce, bez możliwości wsparcia, pomocy, której dzieciak ma 39 stopni gorączki i się nie dodzwoni?


A to jest jedynie problem przychodni dziecięcej. Co się dzieje w przychodni dla dorosłych, którzy nie są w stanie samodzielnie się poruszać?

Pozostaje mi jedynie współczuć i liczyć na to, że może kiedyś się coś zmieni. 


...

You Might Also Like

0 komentarze(y)