Fińskie pudełko.

09:17:00


Chciałabym mieć drugie dziecko, kiedyś. Co na to mój partner? Dostałby zawału, gdyby to przeczytał. Dlatego nie przeczyta. A jeśli przeczyta, to niech chociaż dojdzie do końca, bo zamierzam wyjaśnić wszystkim wszem i wobec dlaczego nie zamierzam mieć drugiego dziecka teraz i jeszcze bardzo długo nie. Nie wiem nawet, czy w ogóle przyjdzie taki moment, kiedy świadomie zdecyduje się na kolejną ciążę. Pominę już fakt, że cholernie boje się tego, co mogłoby wyniknąć w trakcie. A szczerze wątpię w to, że podołałabym powtórce tego, co spotkało mnie  z Frankiem. Jednak dziś nie o tym. Dziś powiem dlaczego fińskie pudełko skutecznie zniechęca mnie do posiadania kolejnego, różowego bobasa.


To, że wyszłam już z pieluch to jedno. To, że nie mam najmniejszej ochoty przechodzić przez kolki, ząbkowanie i przecierane zupki, to drugie. To, że kompletnie nie wyobrażam sobie kolejnych lat spędzonych w domu, to trzecie. Jednak ponad wszytko jest to nieszczęsne fińskie pudełko, które mi żyć nie daje. Dlaczego? Bo nigdy go nie dostanę. Nigdy nie będzie nawet w zasięgu moich marzeń. A wszystko przez nasz, jakże prorodzinny rząd, który wciąż nakłania nas do powiększania rodziny i tworzenia nowych obywateli naszego państwa. Z tym, że ja nie mam ochoty tworzyć nowego obywatela, bo nie mam żadnej pewności, że będę miała go za co utrzymać i nakarmić. O ile jedno dziecko to już spory wydatek, o tyle nie dam sobie wmówić, że przy drugim jest lżej. Bo z pewnością nie jest. Szczególnie gdy drugie rodzi się innej płci niż to pierwsze.


Polityka prorodzinna w naszym kraju (z całym szacunkiem ale) leży i kwiczy. Choćby się, nie wiem jak zapierać, to nie ma takiej mocy, żeby się coś zmieniło. Nie jeden już taki był, co starał się zmienić kraj na lepsze a efekty zawsze były takie same. Przestaję się już łudzić, że kiedyś będzie łatwiej i wygodniej. Nie będzie. Nie odpowiada mi ten, ehem... 1000 złotych przez rok dla każdej kobiety, która urodzi dziecko. Jestem za pomocą młodym matkom i rodzicom ale są pewne granice zdrowego rozsądku. Kraj nasz taki biedny, pieniędzy wiecznie nie ma i dziura w budżecie taka, że buldożer by się utopił. Ale tysiaczek dla każdej niepracującej mamy się znalazł. Voila! Można? Można.

Nie jestem przeciwko ustawie, o nie, nie . Przynajmniej nie do końca. Jak dla mnie, ona jest całkowicie niedopracowana i ma tak wielkie luki, że kwiatki w nich można sadzić. Taka grządka ustawowa, ot co. Bo czemu nie pomóc? Można, ale z głową i portfelem. Nie każdej się ten tysiąc należny. Może oszczędności warto szukać właśnie tu?

Co ja myślę? Otóż, dajmy młodej matce 1000 złotych ale niech ona spełni warunki, które pozwolą jej ten tysiąc dostać.

Niech dostanie go studentka, która nie pracuje a dziecko urodziła. Czemu nie? Należy jej się. Przecież jakoś sobie radzić na początek trzeba.
Niech dostanie go bezrobotna ale... ta, która jest zarejestrowana w urzędzie pracy i zatrudnienia znaleźć nie może. Nie jej wina, że pracy nie ma, choć chce.  Dlaczego nie? Należy jej się.
Wprowadzenie przepisów, które dawałyby szansę we wgląd w system zatrudnienia i które weryfikowałyby czy kobieta taka faktycznie pracować chce, czy tylko do UP przychodzi aby kuroniówki nie zabrali, na pewno wyjdzie taniej niż te wszystkie zasiłki dla każdego.
Niech dostanie je kobieta na śmieciówce, która tyrała tak jak ta na etacie ale na etat liczyć nie mogła. Dlaczego nie? Należy jej się.
I wreszcie, niech dostanie je kobieta, która straciła pracę i krótko potem zaszła w ciąże, nie kwalifikując się tym samym do macierzyńskiego. Czemu nie? Należy jej się. Pracowała. A, że stało się tak jak się stało...

Od razu uprzedzę, że ja, niepracująca, przy wprowadzeniu powyższych zasad, na chwile obecną bym takiej zapomogi z tytułu urodzenia dziecka nie dostała, i jak najbardziej się z tym zgadzam. Za cholerę mi się nie należy. Tak samo jak tym wszystkim kobietom, które robią wszystko żeby nie pracować, podejmują pojedyncze, miesięczne zatrudnienia, żeby tylko było, że próbowały ale się nie sprawdziły. Jestem w innej sytuacji niż one, nie podejmuję żadnego zatrudnienia i w UP też zarejestrowana nie jestem. Zajmuję się domem i dzieckiem, pracy nie szukam, i mi się nie należy. Bo za co?


Ale to nie o tym miało być, tylko o fińskim pudełku. A więc, fińskie pudełko to specjalne pudełko, które dostaje w szpitalu każda świeżo upieczona mama. A w pudełku wyprawka dla noworodka: śpiworek, kocyk, beciki, śpioszki, body, kombinezon na zimę, książeczki, gryzaki, materacyk, wkładki laktacyjne i prezerwatywy, dla tatusia oczywiście. Wszystko w uniwersalnym kolorze. Po co? Żeby każdemu dziecku zapewnić równy start. Fajnie, prawda? Tylko, że to nie u nas. To w Finlandii. Także chęci uleciały wraz z marzeniami. 


Daleko nam do czołówki Europy. Miga nam czerwona lampka, świadcząca o tym, że mamy niski procent PKB, rząd wydaje na politykę prorodzinną i wsparcie dzieci 70 euro na osobę, nie mamy nawet odpowiedniej ilości przedszkoli i żłobków. Strasznie to zachęca do prokreacji. 

A nie, przepraszam. Dali ten tysiąc. Tylko co po roku, gdy źródełko ze stałym dochodem przestanie płynąć?

I tak oto fińskie pudełko skutecznie przekonało mnie do tego, że nie stać mnie na posiadanie drugiego dziecka. I nie tylko mnie, niestety...


You Might Also Like

10 komentarze(y)

  1. Rozumiem twoje obawy, na pewno też bym się bała po tym co przeszliście.
    Z wpisem się ogólnie zgadzam, ale co do drugiego dziecka to mnie też nie było jakoś specjalnie stać, ale chciałam mieć drugie dziecko. Sama jestem jedynaczką i wiem, że gdyby nie rodzeństwo mojej mamy i ich dzieci to byłabym raczej samotna.
    Nie jestem za domami gdzie bieda, aż piszczy a dzieci rodzą się z roku na rok, bo to krzywda dla dzieci. Jakoś sobie radziliśmy, ale doskonale rozumiem ten główny powód finansowy, że pary nie decydują się na kolejne dziecko. Bo każdy normalny rodzic, chce jak najlepiej dla swojego dziecka i pod względem dobrobytu materialnego i psychicznego.
    Powiem tak.. o ile kiedy dzieciaki były małe, koszty z nimi związane nie przerastały mnie jakoś specjalnie, być może dlatego, że nie chorowały to teraz przeraża mnie szkoła i wiem, że gdybym miała teraz wracać do Polski, ciężko było by mi na to wszystko wyrobić.
    Taki mamy klimat...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co kraj, to innym klimat. W Polsce trzeba się liczyć, dosłownie, ze wszystkim. Absolutnie nie dziwi mnie to, że ludzie wyjeżdżają za pracą. A edukacja w naszym kraju to zupełnie inna para kaloszy ;)

      Usuń
  2. hej
    nie powiem - masz całkowitą rację - wszystko, co tu napisałaś się zgadza i ja się z tym zgadzam, ale...
    dziecko to NIE TYLKO wydatki
    mój mąż też nie chciał słyszeć o drugim, ja nawet o tym mówić nie chciałam, ale tylko ok. 3 lat od urodzenia pierwszego, ale potem...
    jestem jedynaczką, i na temat zalet posiadania więcej niż jednego dziecka mogę pisać laboraty - niby doświadczenia zero, ale jako, że sama byłam zawsze, więc trochę to moje wyobrażenia o rodzeństwie takie idyllyczne...
    sama byłam od dziecka i sama jestem teraz - mimo, że męża mam, córkę przewspaniałą, syna zaraz urodzę, mamę mam kochaną i babcię - no i to by było na tyle, bo mino, iż jest jeszcze rodzina mojego męża, dwie siostry z rodzinami, teściowa i teść - to wybaczcie wszyscy - ale jakby ich nie było... no i ja nie chcę, żeby moja córka na taką poniewierkę trafiła - sama. Bo ja nie wiem na jakiego męża trafi i jaką on rodziną będzie dysponował... wolę dmuchać na zimne i dać jej rodzeństwo...
    takie moje zdanie i tylko moje - wiem, że będzie ciężej, niż za pierwszym razem - wszystko musiałam kupować dla chłopaka, mimo, że na strychu pełno rzeczy po dziewczynce, ale nic tam - pracujemy, zarabiamy, damy radę - to takie moje poświęcenie dla CÓRKI, żeby nigdy sama nie była, jak już nas zabraknie....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Absolutnie nie patrze na dziecko jak na wydatek. Owszem, to też ma znaczenie, nie powiem, obecnie duże, ale nie tylko to. Nie zapieram się, że nigdy więcej żadnych dzieci. Nie mam pojęcia jak będzie za parę lat. To raczej stanowisko na teraz.
      Co do jedynactwa... Mój syn ma tak wspaniałych kuzynów, że z pewnością nie będzie sam, gdy nas zabraknie.
      Podziwiam każdego, kto zdecydował się na więcej niż jedno dziecko, a tych, którzy mają więcej niż dwoje, jeszcze bardziej.

      Usuń
  3. A ja się z Tobą zgadzam w 100 % Dziecko bym drugie chciała, ale nie teraz, nie za rok, nie za dwa...za lat dużo, o ile jeszcze nie będę za stara. I osobom, które zadają mi pytanie "kiedy drugie" - haha jeszcze pierwsze się nie urodziło - mam ochotę dać patelnię, żeby się mocno walnęły w głowę.

    A to 1000 zł, które mają dostać bezrobotne kobiety, doprowadzi do tego, że dzieci będą się rodziły a i owszem, w patologicznych rodzinach(w większości). A później co z dziećmi?jak już rok minie... do śmietnika ? Bo każda normalna rodzina, świadomie nie zdecyduje się na dziecko, tylko dlatego, że przez rok, będzie dostawała marnego tysiaka...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też liczę na to, że się nie zestarzeję i będzie mnie ze spokojnym sumieniem stać na drugie dziecko.. .

      Usuń
  4. Zgadzam się, wiele rzeczy w tym kraju leży i kwiczy, ale tysiąc złotych na rok.. lepiej tego nie komentować ;P

    OdpowiedzUsuń
  5. Ach temat rzeka ale mnie samej wkurza fakt że dostawalam rodzinnego 77 złoty, po dwóch miesiącach musiałam pieniądze oddać bo ojciec dziecka "za duzo" zarobił o parę złotych! Nikt nie mówi o tym jak trudno jest w takiej sytuacji gdy ma się jedną pensję na wykarmiebie i utrzymanie trzech osob. Do tego dochodzą jeszcze rachunki za mieszkanie i jakieś telefony Internet. Na zachodzie kobiety dostają parę setek euro na jedno dziecko nie zależnie od tego czy dużo czy też mało dochodu w rodzinie, z miłą chęcią dałabym 2000 pani premier małe dziecko wynajęte mieszkanie rachunki i wolałabym jej przeżyć za to. Plus rodzinne które musisz później zwrócić. Nie udało karmić mi się piersią na samo mleko dla dziecka wydaje około 300 złoty na miesiąc do tego kilka paczek papierosów chusteczki no i chyba należy je ubrać bo rośnie w zaskakującym tepie. Tysiąc to spokojna ręka trzeba mieć, a jeszcze nie daj Boże doczepia się jakieś choroby to już amba rodzice leżą i wlicza wraz z polskim systemem

    OdpowiedzUsuń
  6. Stojąc w obliczu dylematu - domek na wsi n(który mamy w planach) vs. bobas, wybieram wariant nr jeden - na oba nas nie stać, choć nie ukrywam,że każdą "wpadkę" pokocham jak tylko mogę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zawsze jest wybór. A Ty jesteś młoda (choć to podobno bez znaczenia) i z pewnością kiedyś zrezygnujesz z czegoś y móc wychować i utrzymać dziecko :)

      Usuń