Mieć ciebie, to mieć wszysto

10:00:00

Cztery lata temu, nie siedziałam w domu wtulona w siedemnastodniowego noworodka. Nie patrzyłam w jego piękne, wielkie, czarne oczy. Nie słyszałam jego płaczu, nie karmiła, nie zmieniałam pieluch. Cztery lata temu powiedzieli mi, że mam się z nim pożegnać. Zabrali go. Widziałam jak odjeżdża, w łóżku szpitalnym, w kierunku czerwonej linii i świecącego się napisu "sala operacyjna, zakaz wstępu". Nie pożegnałam się z nim. Szepnęłam mu do ucha "Bądź silny. Niedługo się zobaczymy, obiecuję. Kocham cię synku, pamiętaj." Nigdy nie zapomniałam tych słów, wypowiedzianych właśnie wtedy, w tamtym momencie. Nigdy! W gardle czułam wielką gulę a oczy zasłaniała mi mgła.

Siedziałam na szpitalnym korytarzu i jedyne o czym marzyłam to, żeby nikt do mnie nie podszedł, żeby nie pojawił się żaden lekarz. Nie teraz. Nie w tym momencie. Obgryzałam paznokcie, prosząc w duchu wszystkie siły tego świata, żeby mu się udało, żeby do mnie wrócił. Nie wyobrażałam sobie, że mogłoby być inaczej. Wiedziałam, gdzieś podświadomie wiedziałam, że mu się uda. Wiedziałam, że dałam mu swoją siłę do pokonania najgorszych godzin jego życia.


Dzień wcześniej trzymałam go na kolanach i opowiadałam jak wiele ma do zobaczenia, ile osób musi poznać, jak wielu ludzi czeka na jego powrót do domu. Opowiadałam mu o tym jak pięknie wygląda świat, który przecież musi zobaczyć. Tłumaczyłam z uporem maniaka, że to co go czeka jest o wiele piękniejsze niż to, co teraz widzi tu i teraz. Mówiłam, że musi być silny, bo inaczej ja sobie bez niego nie poradzę. Słuchał, patrząc się na mnie.


A potem mi go zabrali. Kazali się pożegnać, liczyć na to, że się uda. Ale i tak niczego nie obiecywali. Zniknął szybciej niż się pojawił. A ja czekałam na jego powrót. Wiedziałam, że wróci. Nie mogło być inaczej. Przecież był silny. Był moim synem. Musiało mu się udać, właśnie jemu.


Płakałam, gdy kardiochirurdzy mówili mi jak bardzo jest chory. Nie docierało to do mnie przez dłuższą chwilę. Jednak, w momencie, gdy zrozumiałam, nie mogłam opanować emocji. Pytałam tylko "dlaczego ja, dlaczego on". W tej ruletce nie ma metody.


Mijały kolejne godziny, a ja wyobrażałam sobie, co się właśnie z nim dzieje. Podświadomie czułam moment, w którym wielkie ręce kardiochirurga rozcinały skalpelem jego skórę. Czułam ten moment, gdy jego małe ciałko, oddane w obce ręce, zmienia się z sekundy na sekundę w kolejnego operowanego pacjenta, leżącego na stole. Przed oczami miałam obraz wielkich męskich rąk, które z nieopisaną precyzją naprawiają jego serce, wielkości orzecha. To było najdłuższe dwanaście godzin w moim życiu.


Anestezjolog, który przyszedł porozmawiać i poprosić o zgodę na operację, powiedział mi coś wyjątkowego. Coś, co utkwiło mi w głowie po dziś dzień. "Nie obiecam pani, że się uda ale mogę przysiądź, że zrobimy wszystko aby się udało. My, każde dziecko traktujemy tak, jakby to było nasze dziecko.". Pamiętam te słowa i po dziś dzień, zawsze kłaniam się w pas temu lekarzowi. Miałam okazję mu podziękować za te słowa, które dodamy mi odwagi. Które sprawiły, że poczułam, iż moje dziecko jest w dobrych rękach.


Poznałam czarodzieja. Człowieka wielkiego ciała i jeszcze większego ducha. Widziałam jego wielkie ręce, które naprawiały to malutkie serduszko. Podziwiam go za wszystko. To, co robi, to magia. Nie da się tego nazwać inaczej. Widziałam jego zmęczenie, wyczerpanie, po kilkunastu godzinach przy stole operacyjnym. Nie potrafiłam pytać o cokolwiek. Byłam mu wdzięczna z to, że zrobił wszystko aby moje dziecko mogło żyć.
Franek, miał niespełna miesiąc.

Franek spędził dziewięć dni na OIOMie. Był dzielny, walczył. Przychodziłam do niego codziennie i codziennie mówiłam, że jestem, że czekam. Pomimo tego, że był, najpierw podłączony do respiratora, a potem na silnych lekach uspokajających, widziałam, że mnie słyszy a moja obecność działa na niego lepiej niż nie jeden lek. Na dźwięk mojego głosu uspokajał się.


Nawet przez krótką chwilę nie dopuszczałam do siebie myśli, że ta część naszej życiowej historii mogłaby się skończyć inaczej. Dla mnie było oczywistym, że będziemy razem się bawić, uczyć chodzić, czytać, spacerować. W tej przeprawie pomogła mi nieświadomość i głęboka niewiedza na temat tego, co się może wydarzyć. 


Dziś jest inaczej. Dziś wiem o dużo za dużo. Dziś mam świadomość, której brakowało mi wtedy i pewnie dlatego codziennie tak bardzo się boję. 


Cztery lata temu, o tej porze, siedziałam na szpitalnym korytarzu i liczyłam na cud. Cud życia. Dziś siedzę w wygodnym fotelu, a ten cud mam na wyciągnięcie ręki. Wszystko, przez co przeszliśmy przez te cztery lata, było warte każdego momentu teraźniejszości.  Nie ma takich słów, którymi można by było opisać to, co dzisiaj czuję. 



Tak bardzo go kocham...



You Might Also Like

42 komentarze(y)

  1. Zabrakło mi słów. Mądrych słów. Najwazniesze jest tu I teraz cieszę się ze Frankowi się udało 😘 odważny i dzielny! ☺

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zawsze powtarzam, że gdyby on sam nie chciał, to nam też by się nie chciało. To on jest motorem napędzającym. Jego siła i chęć walki o każdy dzień sprawia, że i my mamy siłę i chcemy o jego życie walczyć.

      Usuń
  2. Poleciały mi łzy z oczu kiedy to wszystko czytałam.
    Byłaś bardzo silna. Nie tylko Ty byłaś silna ale także Twój syn...
    Nie wiem jak ja zachowałabym się w takiej sytuacji. Nie potrafiłabym żyć bez kogoś kto jest najważniejszą częścią życia, na kogo czekało się z utęsknieniem..
    Wyglądacie przecudownie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wyobrażam sobie tego, że mogłoby go nie być. On jest jak machina. Pokazuje, że można wszystko. Jeśli się tylko bardzo chce, nie ma rzeczy nie możliwych, nie do osiągnięcia.
      Dziękuję za miłe słowa :)

      Usuń
  3. Biedne maleństwo musiało tyle przeżyć będąc zaledwie kilka dni na tym świecie. Dobrze, że wszystko się dobrze skończyło. A wiedzieliście wcześniej, ze coś jest nie tak z jego serduszkiem, czy dopiero po porodzie się okazało?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiedzieliśmy wcześniej, przez przypadek, na szczęście. Urodził się w Warszawie i miał szansę. Powiem Ci jeszcze, że to był dopiero początek, bo to nie jedyna operacja w jego życiu. Mieliśmy wiele przygód. Za każdym razem to właśnie Franek pokazywał nam, że ma siłę do życia i bardzo żyć chce. A jeszcze tyle przed nami...

      Usuń
  4. Nie mam pojęcia jak to jest i na pewno nie chcę się o tym przekonać na własnej skórze. Mogę sobie jedynie wyobrażać co czułaś Ty i tata Franka.
    Ciesze się, że był taki silny i dzielny... i mam nadzieję, że tak już zostanie.
    To niewiarygodne, przez co takie małe dzieci muszą przechodzić, żeby żyć... dlaczego tak muszą cierpieć, nigdy tego nie pojmę ;/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakbym mogła, to wzięłabym to wszystko na siebie. Tak mi go szkoda i tak mnie boli, gdy widzę jak cierpi...

      Usuń
  5. Piękny tekst, bardzo się wzruszyłam. Twój syn to mały wojownik i ma dzielną mamę. Uściskaj go ode mnie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uściskany. Dzisiaj wyściskany z zapasem na dziesięć lat, jak co roku, w ten sam dzień i jeszcze kilka innych.

      Usuń
  6. Jesteś wspaniałą mamą i masz cudownego walecznego synka! życzę Wam dużo zdrowia i samych radosnych dni!!!!!!!!!!!!!!!!!!!a tekst wzrusza bardzo!

    OdpowiedzUsuń
  7. Jesteście Wielcy. Dzielni i Wielcy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jesteśmy zwyczajni. Tylko mamy inne życiowe "atrakcje" niż przeciętna rodzina :)
      Naprawdę, jesteśmy zwyczajni :)

      Usuń
  8. Nieprawdopodobna historia z happy endem, Franiu jest przeuroczym dzieckiem :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Nawet nie wiem co mam napisać , ponieważ nie mogę wiedzieć co wtedy czułaś , moje wyobrażenia są straszne ale to co ty przeżyłaś było jeszcze straszniejsze . Wysyłamy buziaki dla Was i specjalne uściski dla Frania :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To był taki moment, który wspominam, mimo wszystko, najlepiej. Nic nie wiedziałam. Byłam jak w kołowrotku. Zakręcona i nie do końca świadoma, tego co się dzieje. Miałam tylko świadomość, że będzie operowany. I to chyba właśnie dzięki temu przetrwałam z mniejszym stresem. Bo, każda kolejna przygoda była już tylko gorsza. A dziś, boje się dnia następnego. Za dużo czytam, za dużo wiem. Z jednej strony dobrze a z drugiej katastrofa psychiczna. Ale to tylko chwilowe załamania. Szybko się zbieram do kupy ;)

      Usuń
  10. Piękne, mądre i pokrzepiające. Musiałaś być przerażona, ale mimo bezradności się nie załamałaś. Silna z Ciebie babka. Podziwiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tu nie ma za co mnie podziwiać. Ewentualnie Franka za to, że przetrwał niejeden ból fizyczny.

      Usuń
  11. Przepiękny wpis, trafiłam tu przypadkiem i to na taką niezwykłą-zwykłą historię. Wiele jest blogów gdzie mamy opisują swoje zmagania, nadzieje, ale ten jest inny bo nie ma tu uzalania, utyskiwania, udoeadniania że to Wy mieliście najgorzej. Piękny, szczery wpis silnej mamy dzielnego chłopca. Gratulacje :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczerze, nie mieliśmy najgorzej. I tak naprawdę strasznie głupio bym się czuła pisząc, że mieliśmy najgorzej ze wszystkich, szczególnie, że ten wpis czytały osoby, których dzieci naprawdę miał gorzej od nas. Dużo przeszliśmy przez te cztery lata, łącznie z zagrożeniem życia i planami kwalifikacyjnymi pod przeszczep serca, ale jednak wielu jest takich, co mieli gorzej. Myślę, że klasyfikujemy się bardziej po środku. Mieliśmy dużo szczęścia.

      Usuń
  12. Tak się bałam, że napiszesz inne zakończenie. Strasznie się cieszę i jestem z Wami myślami! Wszystko przed Wami. Uroczy chłopak :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, jeszcze dużo przed nami. Dziękuję:)

      Usuń
  13. Jesteście bardzo dzielni. Poryczałam się...wszystkiego dobrego!!! dla Was

    OdpowiedzUsuń
  14. Co za historia! Nawet nie próbuję sobie wyobrazić, co wtedy musiałaś czuć. Całe szczęście, że wszystko tak dobrze się skończyo.

    OdpowiedzUsuń
  15. Przeczytałam Twój wpis już wczoraj, ale nie mogłam nic napisać. Oczywiście, że płakałam. Odkąd jestem matka jestem szczególnie wyczulna na cierpienie Dzieci.
    Jesteś wielka i Twój syn również. Siła matki jest nieoceniona. Jakiś naukowiec powinien zająć się klasyfikacją siły i miłości matki, choć my i tak już wiemy, że impossible is nothing :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, nie ma ram i widełek. Maki (i ojcowie) mają taką siłę i moc, że są w stanie więcej niż można pojąć rozumem.

      Usuń
  16. Kobieta ma w sobie taką siłę, której istnienia nawet nie podejrzewa. I przekazuje tę siłę walczącemu o życie dziecku. Cieszę się, że się udało. Wam, obojgu. <3

    OdpowiedzUsuń
  17. Najważniejsze, że się udało. Najważniejsze, że nie straciłaś nadziei. Rodzicielska miłość potrafi zdziałać cuda :)

    OdpowiedzUsuń
  18. Ogromnie się cieszę, że się Wam udało :)

    OdpowiedzUsuń
  19. W takich momentach tak naprawdę nie wiadomo, co powiedzieć. Kobieto jesteś niesamowicie dzielna i życzę Wam z całego serduszka żeby wszystko było w porządku.
    A Franka ucałuj mocno i całuj go codziennie ile tylko można :)

    OdpowiedzUsuń
  20. A jednak cuda się zdarzają, choć tak niewielu w nie wierzy. W takich sytuacjach często podziwiamy lekarzy, że dali radę, rodziców ,że wytrzymali psychicznie. To wszystko nic nie znaczy, bo Ci ludzie są tacy mali w porównaniu z tym kilkuletnim,kilkumiesięcznym człowiekiem, który zamierza to całe zło przetrwać. Dziecko zawsze dla rodziców jest największym szczęściem, obojętnie co by się złego nie działo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie tak jest. to dziecko musi pokonać największe przeciwności losu. Nam, rodzicom, pozostaje je wspierać i być...

      Usuń
  21. Tak ważne jest by doceniać każdą daną nam chwilę. Masz silnego syna, który chce żyć. Udowodnił to wszystkim w dniu, w którym obudził się. Jest równie dzielny jak jego mama. Mam nadzieję, że wszyscy są już zdrowi :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie jest zdrowy i nigdy nie będzie. Przez cale życie będzie sie zmagał ze swoim chorym sercem. Ale jest silny i chce. A to najważniejsze.

      Usuń
  22. Ile miłośći jest w tym wpisie...wyobrażam sobie ile Was to wszystko kosztowało. Nie porównuje naszej histori do Waszej, bo są zupełnie inne - znam jednak uczucie strachu o życie własnego dziecka. Ja urodziłam wcześniaka w 28tc, gdy miał niespełna 1,5 kg przeszedł laserową operachę oczu...zdaję sobie sprawę, iż nijak ma się to do operacji serca, ale chciałam wetdy zasnąć i obudzić się gdy już będzie po wszystkim i on też się wybudzi. Pozdrawiam serdecznie
    p.s. Syn kuzynki męża urodził się z wrodzoną wadą serca - przeszedł kilka operacji. Było to prawie 30 lat temu.

    OdpowiedzUsuń
  23. Popłakałam się okrutnie...Nawet nie wiesz jak się cieszę, że pokonaliście tą walkę, że jesteście razem i mogę patrzeć teraz na Wasze uśmiechnięte buzie. Razem.

    OdpowiedzUsuń
  24. Ponownie sie wzruszyłam...tak bardzo sie cieszę, ze jesteście razem:) mocno Was ściskam!

    OdpowiedzUsuń
  25. Leżę i płacze jak bóbr. Masz bardzo silnego synka i ty toż jesteś silna. Powodzenia

    OdpowiedzUsuń