Stalking - naucz się z nim walczyć.

08:01:00

Pamiętam to jak dziś i chyba nigdy nie zapomnę. Choć od tej, nazwijmy to "sytuacji", minęło już ponad cztery lata, to czasami nadal się boję. Już mniej, trochę inaczej. Wiem też jak z tym walczyć. Jednak niesmak i wspomnienia sprzed lat są, istnieją, wracają. Czasami czuję je wszędzie. Są dni, kiedy przypominając sobie o tym zaczynam się głośno śmiać i mówię sama do siebie, że mam co wspominać. Są jednak i takie, gdy nie wiem co zrobiłabym, gdyby sytuacja się powtórzyła, a wszystkie zdarzenia z przeszłości zaczynają wpędzać mnie w bliżej nieokreślony stan, z którego trudno się otrząsnąć. Zdecydowanie nie są to miłe wspomnienia. Może dlatego też, staram się o tym nie myśleć. 

Pracowałam w restauracji. Klienci różni. Od sympatycznych i uśmiechniętych, po zrzędzących i wymagających gruszek na wierzbie. Z każdymi trzeba było sobie jakoś radzić. Zawsze z przyklejonym od ucha do ucha uśmiechem.Ten klient był taki jak wszyscy. Dopiero po pewnym czasie, zaczęło mi w nim coś nie pasować. Przychodził niemalże codziennie. Zawsze zamawiał to samo - " Żubra" w butelce. Do dziś pamiętam co to było. Takich rzeczy się nie zapomina. 

Był uśmiechnięty, zaczepny. Zawsze wybitnie miły. Po pewnym czasie zaczął przychodzić z kolegami. Potrafił przesiedzieć w restauracji kilka godzin. Takie standardowe towarzystwo "od kieliszka", które jak już przychodzi to nie wie kiedy wyjść. Często, zamykając już lokal, musiałam zwrócić jego grupie uwagę na godzinę. Nie było z nimi nigdy problemu. Dopijali i wychodzili. Raz nawet zaproponowali, że odwiozą mnie do domu. Oczywiście odmówiłam. 

W pewnym momencie, zaczęło mi coś nie pasować. Sama sobie wmawiałam, że mam jakieś schizy i jestem przewrażliwiona. Winę za swój, nie do końca normalny tok myślenia, zwalałam na ciążę. Mimo wszystko, wciąż odnosiłam wrażenie, że gdy wracam z pracy do domu, ktoś za mną jedzie. Najczęściej po wieczornej zmianie, gdy po 22:00 było już ciemno, jak to zimą. W pewnym momencie, miałam wrażenie, że sytuacja się ciągle powtarza a ja wciąż widzę tą samą czarną be-emkę. Mimo wszystko, wciąż wmawiała sobie, że mam jakieś dziwne urojenia. Przecież nie mieszkam na odludziu. Nikomu nic nie mówiłam, bo niby o czym. Ludzie jeżdżą autami, nawet w nocy.  Jak się później okazało, nic mi się nie wydawało.

Kolejnym sygnałem były głuche telefony do lokalu, w którym pracowałam. Nie zwracałam na nie szczególnej uwagi. Często się zdarzało, że dzwonił klient z zamówieniem i coś przerywało na linii. Teraz wiem, że powinna mi się wtedy zapalić czerwona lampka. 

...Pamiętam dzień, gdy zaczął być bardziej namolny. Zapraszał na imprezę, oferował podwózkę do domu, obiecywał, że wpadnie, gdy skończę pracę, pytał o moje imię. Niby nic złego. Chce być miły. Jednak ja, mając swoje dziwne "urojenia" związane ze śledzeniem mojej osoby, konsekwentnie odmawiałam i nie powiedziałam mu nawet jak się nazywam. Imię me zdobył przez czysty przypadek, bywa. Nic na to nie poradzę. 

Powiedziałam o swoich podejrzeniach koleżance z pracy. Zaczęłyśmy wspólnie wszystko analizować i doszłyśmy do wniosku, że może faktycznie mi się coś wydawać ale nie zaszkodzi być przezornym i ostrożnym. W ostateczności stwierdziłyśmy, że przybył mi amant, który próbuje mnie poderwać, bez skutku. 

Zaczęłam być bardziej ostrożna. Starałam się nie wychodzić z domu wieczorami, pilnowałam się niemalże na każdym kroku. Na ulicy każdy był podejrzany. Wtedy nie wiedziałam, tak naprawdę, że facet, który jeździ za mną dzień w dzień, próbując zdobyć mój adres i ten wylewnie miły chłopak z restauracji, to jedna i ta sama osoba. Wszystko się sypnęło pewnego wieczoru. 


Koleżanka z pracy odwoziła mnie do domu. Nie miałam daleko, ale w związku ze swoimi dziwnymi podejrzeniami, co do śledzenia, nie odmawiałam żadnej pewnej podwózki. Zostawiła mnie pod sklepem. Do drzwi klatki schodowej miałam może ze 100 metrów. Musiałam tylko obejść blok. Gdy minęłam róg i zostało mi do pokonania ostatnie 30 metrów, nagle wyłoniła się ta nieszczęsna czarna be-emka. Nie sposób jej nie zauważyć. Rozpoznałam ja  od razu i poczułam zimno na plecach. Tego uczucia nie da się opisać. Z samochodu wysiadł ON, przesympatyczny, namolny klient - amant. A wraz z nim jego trzej koledzy. Każdy z nich z butelką piwa w ręku. Chyba nigdy wcześniej, ani później, nie dostałam takiego przyspieszenia jak wtedy. Ignorując śliski, oblodzony chodnik, zaczęłam niemalże biec do drzwi klatki schodowej, szukając jednocześnie kluczy w torebce. Czułam serce, które waliło mi w gardle. 


Dopadł mnie przy drzwiach, gdy drżącymi rękami szukałam klucza, by otworzyć klatkę schodową. Zaczął bajerować, gadać coś, nie wiem nawet o czym. Byłam tak przerażona, że ostatnią myślą, jaka mi się pojawiła, było wchodzenie z nim w dyskusję. Gdy udało mi się otworzyć drzwi klatki, próbował wejść ze mną do środka. Pamiętam, że się szarpaliśmy. Ja ciągnęłam drzwi z jednej strony, on z drugiej. W pewnym momencie zagroziłam wezwaniem policji i odpuścił. Dopiero jak domknęłam drzwi poczułam chwilową ulgę.


Teraz wiem, że miałam dużo szczęścia. Mógł bez problemu wejść na klatkę, zrobić mi krzywdę, z pomocą kolegów zapakować do bagażnika auta i wywieść Bóg wie gdzie. Z pewnością nie zdążyłabym nigdzie zadzwonić. 

Następnego dnia opowiedziałam o wszystkim w pracy. Dostałam ogromnie duże wsparcie. ON często dzwonił, kilka razy dziennie. Pytał czy danego dnia pracuję. Zawsze otrzymywał taką samą odpowiedź "nie". Zazwyczaj ktoś odwoził mnie do domu. Bałam się, zwyczajnie się bałam. Gdy musiałam wrócić do domu sama, zawsze w kieszeni kurtki miałam gaz pieprzowy. Wiedziałam, że nie zawahałabym się go użyć.


Kiedyś, po kolejnym telefonie, przyszedł do lokalu. Uśmiechnięty, jakby nigdy nic się nie wydarzyło.  Murem stanął za mną cały zespół. Chłopaki okazali się być niezastąpieni. Pokazali "bejsbola" i grzecznie poprosili o opuszczenie lokalu i niepojawianie się w nim nigdy więcej. Krótko po tym, poszłam na L4, do pracy już nie wróciłam. Gdyby nie ludzie, z którymi było mi dane pracować, nie wiem jak by się to wszystko skończyło. 


Zastanawiacie się dlaczego nie zawiadomiłam policji? W momencie gdy byłam prześladowana, stalking nie był karalny. Ustawa weszła w życie 6 czerwca 2011 roku. Nikt by z tym nie walczył. Nawet dziś, gdy prawo jest jasne, trudno jest walczyć ze stalkerami. 

Napisałam Wam swoją historię bo chcę pokazać, że ze stalkerami trzeba walczyć, nawet jeśli byłaby to tylko walka z wiatrakami. Trzeba mówić o tym, że się jest prześladowanym. Niech wiedzą o tym osoby z naszego otoczenia. Przyjaciele, współpracownicy, szefostwo, rodzina. Wsparcie bliskich jest w takich momentach nieocenione. Gdy ktoś wie o naszym problemie, stara się nam w pewien sposób pomóc. Tak jak w moim przypadku, ktoś odwoził mnie do domu, ktoś staną za mną murem i kazał wyjść, nie wracać więcej. Prawie nigdy nie byłam sama, czułam się bezpieczna na tyle, na ile mogłam się w takiej sytuacji czuć. 


Gdyby sytuacja powtórzyła się dziś, nie zawahałabym się zawiadomić policji i robiłabym wszystko, żeby namolny "adorator" się ode mnie odczepił raz a dobrze. Nauczmy się walczyć ze stalkerami. Nie pozwólmy im rządzić naszym życiem i podporządkowywać go pod ich wyobrażenia. 

Stalking jest przestępstwem ściganym na wniosek pokrzywdzonego. Nie bójmy się reagować!





Źródło:http://karne.pl/stalking.html



You Might Also Like

20 komentarze(y)

  1. Boże... ja ogólnie bojaźliwa jestem, a wieczorne wyjście czy powrót z pracy to zawsze był dla mnie horror. Przypomniałaś mi coś z czasów gdy pracowałam w sklepie i własnie mi serce wali jak młotem na samą myśl, chyba też tą historię opiszę na blogu mimo, że już kiedyś o tym wspominałam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Okropna historia, współczuję Ci przeżyć. Niedawno czytałam o stalkerze, który wyszedł z więzięnia i pierwszą rzeczą, którą zrobił, było zamordowanie ofiary. Stalking jest bardzo niebezpieczny, ale odnoszę wrażenie, że nie końca niestety "doceniany".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wciąż mam wrażenie, że za mało się o tym mówi. A powinno się krzyczeć. Gdy ja miałam okazję być prześladowana, nie było na to paragrafów. Byłam wtedy w czwartym miesiącu ciąży i nie wyobrażam sobie, co bym zrobiła temu chłopakowi, gdyby z jego winy coś stało się z tą ciążą. Byłabym wtedy, chyba, gorsza niż niejeden stalker...

      Usuń
    2. No właśnie, problem w tym, że niektórzy uważają, że przemoc psychiczna to nie jest przemoc, co jest naprawdę dużym błędem. We włoskich mediach wiele się mówi na ten temat i stalking traktuje się coraz bardziej uważnie. Prawo też ma być w tym względzie zaostrzone, może to ostudzi zapały niektórych prześladowców...

      W poprzednim komentarzu nie dodałam wyrazu "do", ale sens wypowiedzi chyba jest jasny.

      Usuń
  3. Dla mnie stalkerem był były chłopak, już po rozstaniu... Zgłosiłam to na policję, ale tak jak piszesz, wtedy jeszcze nic z tym nie robiono, nie było to karalne. Odpowiedzieli, że dopóki mi nie będzie groził, to nic nie mogą zrobić.
    Gdy wracałam do domu wieczorem zawsze ktoś po mnie wychodził, jak nie wychodził to zawsze rozmawiałam z kimś przez telefon (tak czułam się bezpieczniej) zawsze miałam klucze w ręce, tak by w razie czego móc wbić je w rękę lub gdziekolwiek, byleby bolało ... i oczywiście gaz.
    Straszne uczucie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Twój post o toksycznych związkach wywołał u mnie wspomnienie stalkera. Sama wiesz, pisałam w kom u Ciebie. Dlatego też powstał ten wpis.

      Usuń
  4. Stalking to coś okropnego. Nigdy nie miałam prześladowcy i mieć nie chcę. Współczuję przeżyć, bo pewnie zostawiły jakiś ślad w psychice. Niestety, jakoś nie bardzo widać, żeby się coś zmieniało i te niezdrowe reakcje były tępione.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zawsze coś zostaje w głowie. I chyba nigdy nie zniknie taki podświadomy strach.

      Usuń
  5. O kurcze!!! Masakryczna historia. DObrze, że Ci sie nic nie stało!

    OdpowiedzUsuń
  6. Szczerze współczuję. Dobrze, że mówisz o tym może komuś to pomoże.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiele jeszcze się musi zmienić, żeby mój wpis komuś pomógł. to ludzie muszą się nauczyć z tym walczyć i pozwolić sobie pomóc. I więcej ludzi wie o prześladowaniu tym łatwiej czuć się choć trochę bezpiecznym.

      Usuń
    2. Taka trauma, a Ty robisz wpis z nadzieją, że komuś pomoże? Czapka z głowy! Mam tylko nadzieję, że opisanie tej historii również dla Ciebie stanowi swoistą terapię. S.M.

      Usuń
    3. To już nie terapia. Ja się nadal boję gdy wychodzę wieczorami, chociażby do sklepu 50 metrów od domu. Ale to już jest inny strach. Nauczyłam się bronić i wiem co robić gdy ktoś przesadza.

      Usuń
  7. Brrr, aż mi ciarki przeszły. Dobrze, że wszystko dobrze sie skończyło.

    OdpowiedzUsuń
  8. Nawet nie potrafię sobie wyobrazić Twojego strachu. Nawet nie próbuję... Od samego czytania miałam ciarki. Kiedyś usłyszałam opinię, że ofiara stalkingu odczuwa bardzo podobnie jak ofiara gwałtu. Ciągły, przerażający strach! Poradziłaś sobie z tą traumą sama? Nie do wiary... E.S.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nigdy nie byłam ofiara gwałtu, więc trudno mi jest to porównać. Ale coś może w tym być. Człowiek się boi o swoje życie i o to, że może się mu coś stać. Wtedy byłam w ciąży, więc to był strach spotęgowany. Nie tylko o siebie ale i o dziecko.

      Usuń
  9. Mogłabym radzić skorzystanie z psychoterapii, ale mam wrażenie, że jesteś kobietą, która sama wie, co dla niej najlepsze. więc
    pozostaje mi tylko wierzyć, że sobie poradzisz. E.S.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja sobie poradziłam. Nauczyłam się z tym walczyć. Ten strach będzie zawsze. Ale teraz jest raczej taką przestrogą, żeby uważać. Wtedy nic się nie dało z tym zrobić. Dziś można. I trzeba.

      Usuń
  10. Serdecznie Ci współczuję. Sama nie wiem, czy zachowałabym zimną krew podczas takiego spotkania pod blokiem, czy bym po prostu się nie poddała... Życie zaskakuje. Nie zawsze pozytywnie, niestety..

    OdpowiedzUsuń