Kiedy wiesz, że nie możesz się poddać

08:44:00


Przeglądałam swoją prywatną tablicę na Facebook'u i trafiłam na pewne zdjęcie. Udostępniłam je "lata świetlne" temu. Dla mnie to lata świetle, choć czasami mam wrażenie, że to wszystko działo się wczoraj. Może to głupie ale popłakałam się jak dziecko. Tak po ludzku, po cichu... Łzy same płynęły po policzkach. Niemy płacz... Wspomnienia wróciły jak bumerang rzucony przed siebie. Uderzyły mnie z taką siłą, że poczułam ogromny ból. Tak strasznie ciężko mi się na sercu zrobiło. I choć to już za nami, gdy o tym pomyślę, jest mi tak cholernie smutno. Jakby ktoś zabrał mi cząstkę życia, żeby sprawdzić jak wiele jestem w stanie znieść. Albo nie tylko ja. My wszyscy. 


Wtedy, gdy zostało zrobione to zdjęcie, przechodziliśmy najgorszy okres w swoim życiu. Nikt nie dawał nam żadnych szans. Codziennie lekarka z oddziału kardiologii kazała nam się z nim żegnać, mówiąc, że to może być ostatni jego dzień. A ja za każdym razem, po takich wiadomościach, płakałam. Bo jak to możliwe?

To było jedno badanie i jeden wielki strzał prosto w serce. Niewydolność krążenia, zaburzenia pracy serca, osłabiona kurczliwość prawej komory... Czarna rozpacz. Przyjechał z echo serca w takim stanie, że nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić. Nieświadomie przenosiłam nasze rzeczy z jednej sali na drugą, mechanicznie uśmiechałam się do każdego, kto tylko coś do mnie mówił, żeby w końcu usiąść, wziąć go na ręce i się popłakać, trzymając to niespełna dwuletnie dziecko, podłączone do tlenu, pod aparaturą, która ciągle wyła na alarm.

Saturacje spadały drastycznie. Pierwsza doba była jednym wielkim horrorem. Nie spałam wcale. Nikt na naszej sali nie spał. Monitor włączał się co chwilę dając znak, że coś się dzieje. Pielęgniarki krążyły wokół jego łóżeczka, jak pszczoły przy ulu, próbując coś zaradzić. Na próżno. Przetrwaliśmy tą noc, choć łatwo nie było. Ale później było tylko gorzej...

Codziennie słyszałam tylko, że jest źle, że nie wiadomo czy dożyje jutra. Żeby spędzać z nim każą chwilę, bo każda może być ostatnia. I najgorsze, że w razie załamania, nie będą go ratować, bo nie mają już takich leków, żeby przywrócić akcję serca. Musieliśmy liczyć na cud. 
Nie chciałam cudów. Chciałam, żeby żył. Nie zasłużył na taki los. Zbyt wiele rzeczy do odkrycia było przed nim. Nie miał nawet dwóch lat...

Kilka tygodni wcześniej, planowaliśmy, że spędzimy jego urodziny w zoo. Miało być tak fajnie... Wszystkie plany diabli wzięli. W tamtym momencie liczyło się tylko to, żeby żył. Miał dla kogo, a ja po raz pierwszy zrozumiałam, że nie potrafię żyć bez niego. Nic więcej nie miało znaczenia.

Był jak lalka, noworodek. Wiotki i bez sił. Nie potrafił samodzielnie siedzieć, siadać. O wstawaniu czy chodzeniu nie było nawet mowy. W ciągu 40 minut jego rozwój motoryczny cofnął się do dnia narodzin. Serce pęka, gdy widzi się swoje jedyne dziecko w takim stanie i nie można nic zrobić.

Nie lubił jej, tej lekarki, która codziennie przychodziła go badać. Słyszał każde jej słowo, gdy mówiła, że w każdej chwili może umrzeć. Mimo, że prosiłam aby przy nim tego nie mówiła, robiła to nadal. Według niej, nie rozumiał. Ja wiedziałam, że rozumie aż za dobrze. Widział moje łzy, zapłakane i opuchnięte oczy, czuł jak bardzo cierpię. Ja to po prostu wiem. 
Zawsze, na jej widok, zaczynał płakać, nie pozwalał się badać. I na złość jej tezom, na przekór medycynie, z dnia na dzień pokazywał, że się nie podda a ona nie ma racji.

Drugie urodziny spędził przykuty do szpitalnego łóżka. Nie siedział jeszcze samodzielnie ale opanował do perfekcji utrzymywanie równowagi, dzięki czemu nie przewracał się na boki, gdy był podpierany poduszkami. 
W jego drugie urodziny, przyszły wróżki, elfy, piraci i księżniczki ze stowarzyszenia Centruś. Sprawiły mu tyle radości... 

Pamiętam dzień, gdy po raz pierwszy, samodzielnie staną w łóżeczku. Nigdy wcześniej nie cieszyłam się tak bardzo. Płakałam ze szczęścia i myślałam, że go uduszę z radości, jaką mi sprawił. A on się tak uroczo uśmiechał. To był taki wielki mały sukces. 

Mówili, że nie da rady. Kazali się z nim żegnać, przygotować na najgorsze, które może nastąpić w każdej chwili. Przygotowywali go do wszczepienia sztucznej komory i kwalifikacji pod przeszczep serca. Zapewniali, że przez wiele najbliższych miesięcy, to szpital będzie naszym domem. A on tego słuchał i na złość całemu światu, robił co raz większe postępy, aż w końcu zaczął chodzić. 

Nie poddawał się. Chciał żyć tak bardzo, że nie było dla niego rzeczy niemożliwych do osiągnięcia. I w takich momentach, gdy widzi się swoje dziecko walczące o każdy dzień, gdy się widzi, że to dziecko chce żyć i tak bardzo walczy o to życie, wiesz, że się nie możesz poddać. Po prostu nie możesz usiąść, rozpłakać się i pogodzić z tym, że w każdej chwili może odejść. Wiesz, ze musisz walczyć bo on walczy, bo on chce. 
Gdyby nie jego siła walki i chęć życia, wiem, że nie dalibyśmy rady. Tylko dzięki niemu się nie poddawaliśmy...

Wyszliśmy do domu, po ponad dwóch miesiącach w szpitalu. Nikt nie dawał mu szans na odłączenie od aparatury i stałych wlewów kroplówkowych, leków poprawiających pracę serca. A on sobie poradził. Pokazał, że można, że ta cała medycyna nijak się ma do odrębnych jednostek, bo każde dziecko jest inne i inaczej sobie radzi. 
Po dziś dzień, wszyscy są w szoku, że dał radę i nadal sobie radzi. Już ponad dwa lata radzi sobie z niewydolnością krążenia, zaburzeniami pracy serca i kurczliwością jedynej, prawej komory. Dostaje szeroką baterię leków i sobie radzi naprawdę nieźle. 
A Pani Doktor, która kazała nam się z nim żegnać, nie może wyjść z szoku, że mu się udało, bo przecież to było nie do przeskoczenia. A jednak...

Kiedy widzisz, jak twoje dziecko walczy o każdy dzień, wiesz, że nie możesz się poddać. Gdy widzisz jak bardzo chce żyć, wiesz, że musisz dać radę...

You Might Also Like

17 komentarze(y)

  1. Jesteście niesamowitą rodziną! waleczną i dzielną.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ty płakałaś pisząc to, a ja czytając... Podziwiam Twojego Młodego.

    OdpowiedzUsuń
  3. Też się popłakałam, czytając. Nie wiem, co powiedzieć. Ja też w życiu doświadczyłam wielkich cudów związanych z moim synem, a największy był ten, że w ogóle się urodził i urodził się zdrowy. Cały szpital mówił o cudzie. Bo cuda się zdarzają i myślę, że właśnie dlatego, że się nie poddajemy, a mamy wiarę, i siły, i nadzieję.

    OdpowiedzUsuń
  4. Wiele przeszliście, dobrze, że Wasze dziecko miało taką silną wolę. Życzę Wam dużo zdrowia i wielu chwil w szczęściu!

    OdpowiedzUsuń
  5. Boże, nie wiem jak to jest i za nic w świecie nie chciałabym się dowiedzieć.
    Franek kładziesz medycynę na łopatki, oby tak dalej :*

    OdpowiedzUsuń
  6. Wszystkiego dobrego, przede wszystkim siły i miłości!

    OdpowiedzUsuń
  7. Macie tyle siły w sobie. Wypada życzyć wam zdrowia, bo siłę i determinację już macie :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Oczywiście, że się popłakałam jak czytałam ten tekst! Niesamowite, wzruszające i dające nadzieję 😃

    OdpowiedzUsuń
  9. Mały Bohater jeszcze nie raz pokaże, że nie ma rzeczy niemożliwych!!!

    OdpowiedzUsuń
  10. Strasznie się bałam zakończenia tego postu, bo chociaż nie jestem tutaj pierwszy raz, to nie wiedziałam, że przeżyliście coś takiego. Cieszę się, że masz dzielnego synka z olbrzymią chęcia do zycia i siłą woli :) Życzę mu dużo zdrówka i pomyślności Wam wszystkim

    OdpowiedzUsuń
  11. Mamuśka Mylcia1 listopada 2015 17:09

    Przeczytałam właśnie wszystkie wpisy o Was i przy każdym miałam łzy w oczach, z trudem je powstrzymywałam. Nie wiem co napisać, nie wiem... wiem jedno. Jesteś silną kobietą, a Twój synuś ma tę siłę po Tobie.

    OdpowiedzUsuń
  12. Nie poddawaj się! Wyjdziecie z tej sytuacji obronną ręką i mocno bijącym serduszkiem Franka!

    OdpowiedzUsuń
  13. Agata “So Simply Mom” Aggi28 grudnia 2015 22:43

    Waleczny Rycerz z Franka! Z duma dołączam do jego Armii.

    OdpowiedzUsuń
  14. Życzę dużo zdrowia i trzymam kciuki. Waleczna z Ciebie kobieta. Franek ma to pewnie po Tobie. Piękny post, bardzo wzruszający.

    OdpowiedzUsuń