Nie warto być żoną.

14:33:00


Rozmawiam sobie z koleżanką. Świeżo po ślubie, jeszcze pełna emocji i radości. Bo bycie żoną, to już nie to samo co bycie narzeczoną. I jakoś tak inaczej. Człowiek nie przywykł do nowego nazwiska, adresu zamieszkania, otoczenia, teściowej... Już teściowej, bo jeszcze całkiem niedawno była przecież przyszłą teściową, mamą Kamila. A teraz to też jej mamusia, a nie pani Ania. I taka ona jeszcze nieprzyzwyczajona, totalnie rozkojarzona, zszokowana i szczęśliwa, podekscytowana i przerażona. Ot, taki syndrom "młodej" żony.


Tak sobie rozmawiamy o klockach i gwoździach, gdy nagle pada pytanie:
- A ty, to taką gospodynią domową jesteś? - pyta
- Ano jestem. - odpowiadam, czując podświadomie, że określenie "gospodyni domowa" kompletnie do mnie nie przemawia. Ja raczej Home Manager jestem.
- Czyli wszystko w domu robisz? - dopytuje
- No, robię, co mam nie robić. - rzekę, oczekując na jakieś pytanie z cyklu "jak usunąć kamień z baterii pod prysznicem"
- Czyli sprzątasz i pierzesz, prasujesz, robisz zakupy, wynosisz śmieci...
- Sprzątam, prasuję i wszytko inne też.
- A gotujesz?
- Gotuję. I nawet całkiem nieźle mi to idzie, nieskromnie powiem.
- A codziennie gotujesz?
- Codziennie. A jak miałabym nie gotować codziennie? Mam w domu dziecko. Jeść musi.
- Ale tak śniadanie, obiad i kolację? Tak zawsze i codziennie?
- Wiesz - zaczynam - Ł. wstaje rano, zbiera się i wychodzi do pracy. Franek je, jak wstaje. A ja, na śniadanie, serwuję sobie kawę. Obiad robię codziennie. Czasami na dwa dni, jak inaczej się nie da. Ale to też dla mnie i Młodego, bo Ł. je w pracy. A z kolacjami to tak różnie bywa.
- To co? Sam sobie robi kolację, jak już wróci z pracy?
- Różnie. Jak ma pomysł, to robi. Jak nie, to ja robię. Coś tam razem ustalamy, co byśmy zjedli, na co mamy smaka. Czasami coś zamówimy. A jak nam się nie chce, to powietrzem żyjemy - śmieję się
- Kiepska z ciebie żona. - skwitowała


Wybuchłam śmiechem. Takim czystym, szczerym, gdy się słyszy dobry dowcip. Tak się śmieję i czekam, aż i ona śmiać się zacznie. Ale ona się nie śmieje. I tak sobie myślę, że ona tak na poważnie. To nie był żart.


- Dlaczego? - pytam więc, próbując się uspokoić
- Bo ja sobie nie wyobrażam, że miałabym nie nakarmić męża, gdy wraca do domu po pracy. Jakoś tak, mam potrzebę przygotowania mu kolacji.
- W sumie, jak kto woli. Ja to nie mam takiego parcia. Wolę z nim uzgodnić co będziemy jeść. Wychodzę z założenia, że jestem stworzona do wyższych celów niż stanie całymi dniami przy garach.
- Nie mów mi, że wróciłaś do pracy.
- Nie wróciłam. A co to ma do rzeczy?
- Jak się siedzi cały dzień w domu, to się ma przecież jakieś obowiązki. 
- A czy ja mówię, że ich nie mam? Przecież wszystko w domu robię...
- Poza kolacją...
- Coś ty się tak tej kolacji czepiła?
- Jak facet, wraca do domu po pracy, to chce odpocząć i coś zjeść. Dla mnie jest oczywiste, że codziennie, gdy Kamil wraca do domu, czeka na niego jakaś kolacja. Skoro obecnie nie pracuję, to właśnie w ten sposób próbuję pokazać mu, że doceniam jego pracę. Prawdziwa żona, dba o swojego męża i robi wszystko, żeby wracał do wysprzątanego domu, pachnącego czymś smacznym. Szczególnie, gdy kobieta nie pracuje.
- Aaaaaa... Nie, to mnie nie dotyczy - mówię
- Bo?
- Bo żadna ze mnie żona a z Ł. mąż. My nie jesteśmy małżeństwem, nie mamy ślubu - uśmiecham się
- A co to ma do rzeczy?
- Sama powiedziałaś "prawdziwa żona". A ja ani żona, ani tym bardziej prawdziwa.
- Ale mi chodziło oto, że...
-  Wiem o co ci chodziło. Żadna ze mnie żona i nie widzę powodu, dla którego mam sobie żyły wypruwać, skakać i usługiwać. Związek dwojga ludzi ma to do siebie, że żyje się ze sobą a nie dla drugiej osoby. Jak wrócisz do pracy to będziecie się dzielić szorowaniem łazienki na pół? Przyzwyczaisz go do codziennych obiadków i błyszczących kafelków a potem nie będziesz potrafiła mu wytłumaczyć, że dom to też jego obowiązek. 
- Ale...
- Nie ma żadnego ale. Zmieniamy temat.



Wnioski z tego takie, że nie warto być żoną. Szczególnie tą prawdziwą. ;)



*imiona zostały zmienione

You Might Also Like

14 komentarze(y)

  1. Ciekawa dyskusja dość. Też zmieniałbym temat.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie dam się przekonać do racji tego typu. Nigdy.

      Usuń
  2. Odpowiedzi
    1. Też tak sądzę, nieskromnie rzecz ujmując 😉

      Usuń
  3. Kiedyś byłam DOBRĄ PRAWDZIWĄ ŻONĄ. Teraz jestem żoną na papierze i matką wspólnych dzieci ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja byłam kiedyś PRAWDZIWĄ NIE ŻONĄ. Szybko się wyleczyłam z tej prawdziwości 😉

      Usuń
  4. Dobre :) To ze mnie też zła żona bo kolacji nie robię :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jesteś nieprawdziwą żoną. Być może złudzeniem optycznym. Skąd wiesz. 😉
      A w szczególności tym przypadku, chodziło chyba o to, że styranemu chłopu, należy po pracy przyskakiwać. 😖

      Usuń
    2. Dramat, ja też kolacji nie robię, a przecież "w domu siedzę" :P

      Usuń
  5. Racja taką "prawdziwą" nie warto, ale trochę oszukaną już można, a nawet złą żoną, bez obiadu na stole. :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Matko jedyna...szczerze współczuje tej Pani takie podejścia do sprawy:)

    OdpowiedzUsuń
  7. Boję się tych stereotypowych podejść do żony i męża. Podoba mi się w moim związku bez ślubu.
    Naszła mnie głębsza rozkmina: gdybyśmy mieli ślub to już jakieś 3 razy byśmy się rozwodzili, a tak... 6 lat razem, zero rozwodów. Żyć nie umierać.

    OdpowiedzUsuń