Moja pierwsza solna.

12:20:00


Dawno, dawno temu, gdy Ruda Babska była jeszcze niedzieciata, postanowiła sprawić przyjemność kubkom smakowym wybranka swego serca. W tym celu, tknięta niepohamowaną, aczkolwiek zrozumiałą dla wielu, teorią "przez żołądek do serca", rozpoczęła swoje prywatne kuchenne rewolucje. Ruda Babska nie od zawsze był uzdolniona kulinarnie. I jak się można domyślić, początki były trudne. A, że wzorca z którego mogłaby czerpać nauki, nie miała, radziła sobie jak potrafiła najlepiej. Oczywiście nieocenione okazały się rady i pomoc zacnego wujka google. I tak też rozpoczęła się jej pierwsza przygoda z ogórkową, którą pamięta po dziś dzień, a która wychodzi jej obecnie znakomicie. 
Luby wymyślił sobie zupę na obiad. Zadał więc ważne pytanie jaką zupę przygotować potrafi. W związku z tym, że z Rudej Babskiej bardzo ambitne stworzenie, powiedziała bez zastanowienia "każdą". Zapomniała jedynie nadmienić, że każdą to ona potrafi spieprzyć, i to porządnie. Jednak, w związku z tym, że Luby nie dopytywał, ona sama nie czuła się zobowiązana do informowania go jaka to z niej wyjątkowa niemota kulinarna.

 Nadeszła chwila wielkiej próby. Ruda Babska zabrała się za wyszukiwanie przepisu na ogórkową. Oczywiście, z nieocenioną pomocą przyszedł wielki wujek Google i pierdyliard blogów kulinarnych. Co by sprawniej było, wszystko, krok po kroku, zapisała sobie na małej karteczce, którą schowała w kieszeni spodni, co by móc z niej po korzystać, zerknąć i doczytać, a jednocześnie nie wyjść na idiotkę, która porwała się z łyżką na ogórkową, której nie potrafi zrobić. 


Wszystko szło pięknie, niczym w bajce. Może i Ruda Babska jest trochę za bardzo narwana i porywa się na rzeczy, których zrobić nie potrafi, ale umówmy się, uczy się szybko a to klucz do sukcesu. Dlatego też zupa jako taka, jakąś godzinę później była prawie gotowa. Co prawda, nie ważyła się pół dnia, robiona była prowizorycznie, z najłatwiejszego przepisu znalezionego w sieci a wywar stworzony została z kawałka kurczaka i kostki rosołowej. Jednak w smaku niczym nie różnił się od zupy z babcinego gara, ważonej trzy dni i dosmaczanej ziołami wprost z ogródka. No, może prawie niczym...


Jednak Rudej czegoś brakowało. Zaczęła więc próbować wciąż i wciąż, parząc sobie przy tym język okrutnie, co - jak się później okazało - wpływa na poczucie smaku. W pewnym momencie zaczęła się ujawniać blond natura Rudej, która, jak wiadomo, zawsze wróży coś niesłychanie spektakularnego. Tak też było i tym razem. 


Ruda bowiem doprawiać zupę zaczęła, zamieniając się tym samym w Rudą Babską Blondynkę. I im bardziej próbowała, tym bardziej niedoprawiona jej się ta zupa wydawała. Jednak próbom doprawienia nie było końca. W efekcie, Ruda zapomniała o tym, że zupę się czasami zabiela śmietaną lub innym jogurtem i namiętnie ja doprawiała, nie szczędząc przy tym soli, pieprzu, kopru i kwasu z ogórków.

Nadszedł wyczekiwany moment degustacji, kiedy to Luby miał skosztować zupy. Ruda Babska Blondynka od razu uprzedziła go, iż zupa jest niedoprawiona, stawiając przed nim solniczkę, co by sobie dosolił w razie czego. Na szczęście, w porę zorientowała się, że zupa niezabielona, co doprowadziło do tego, że bezpośrednio do talerza trafił jogurt. 

Luby uradowany faktem zjedzenia zupy, bez zastanowienia nabrał pierwszą łyżkę, przełkną ją bez problemu i jadł dalej. Ruda uradowana faktem, że nie pluje więc pewnie smakuje, jak ostatni osioł spytała "a soli nie trzeba?". Wyobrazić sobie należy spojrzenie Lubego, który postanowił spytać czy oby Ruda owej zupy próbowała. 

Ruda oczywiście zupę próbowała milion razy, znała jej smak na wylot (poniekąd), nie rozumiała więc pytania. Jak się później okazało, zupa była wyjątkowa w swoim smaku. Można byłoby ją zupą wieliczkową nazwać, gdyby nie to, że niby ogórkowa. Zaznaczyć trzeba, że była niejadalna dla żadnego człowieka. Pies by jej nie ruszył, bo musiałby się do źródełka z wodą podłączyć. Takiej ilości soli żadna zupa nie uświadczy. 

A Luby jadł, jadł bo głodny był. I to chyba tylko dlatego. Choć z perspektywy czasu, należałoby się zastanowić co siedziało w głowie Lubego, że tak cholernie słoną zupę zdecydował się zjeść. Należałoby sobie wyobrazić jego poświęcenie i samozaparcie. A tym samym laury i ukłony w jego stronę. Nikt tak po prostu by tej zup nie zjadł. 

A morał z tego taki, że zupy starczyło na tydzień. Choć Ruda Babska ugotowała średniej wielkości garnek, to po przelaniu i rozcieńczaniu z wodą, co by tą cholerną sól "wypłukać", trzy garnki wyszły, całkiem porządne. Wrzucanie do zupy ziemniaków, co by owo przesolenie usunęły, nie pomogło. Wyobrazić więc sobie można ile soli było w tej zupie solnej vel ogórkowa. 

You Might Also Like

18 komentarze(y)

  1. Konam :D
    Mi się przypomniało jak pierwszy raz mielone robiłam. Wyszło mi za rzadkie i nie miałam pojęcia co dodać, żeby zagęszczczyc konsystencję, wiec dodałam spora dawkę mąki :) kiedy wszyscy zjedli obiad łącznie z tesciami, przyznałam się do czynu. I w ten teściowa mnie oswiecila, że należy dodać bułki tartej :D ze tez na to nie wpadłam...

    OdpowiedzUsuń
  2. Jadł, bo kocha! A nie, bo głodny był! Złoty chłop:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Po czasie mówili, że był głodny i nie chciał mi przykrości robić.

    OdpowiedzUsuń
  4. :-) Bo zupa była za słona - chce się powiedzieć. Ja kiedyś zamiast szczypty cukru waniliowego dałam do herbaty proszku do pieczenia:-)

    OdpowiedzUsuń
  5. No dobra, wiemy co się stało z zupą, co było z garnkiem, ale co z Lubym! ;) PS Dzięki za poprawienie humoru z rana. Ubawiłem się setnie. :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Jakbyś posoliła to bym się nie zdziwiła. Ale jak można cukier z proszkiem pomylić?

    OdpowiedzUsuń
  7. Mój mąż był zawsze bardzo bezczelny i cham i prostak nie jadał moich spapranych potraw... Snif...

    OdpowiedzUsuń
  8. O, to proste:-) Cukier waniliowy i proszek do pieczenia mają podobne opakowania. Szybko wyjęłam z szafki i prosto z opakowania wsypałam do kubka:-)

    OdpowiedzUsuń
  9. Wredny. Jak on mógł? Przecież takie eksperymenty są fascynujące ;)

    OdpowiedzUsuń
  10. http://histeryczna.blogspot.co15 października 2015 19:03

    Jakbym czytała o swoim gotowaniu :D. Fajnie, że twój Luby tak się poświęcił :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Na dzień dzisiejszy zrozumiał swój błąd. Aczkolwiek argument "jak nie zjesz, to sam sobie będziesz gotował!" nie jest żadną groźbą :P

    OdpowiedzUsuń
  12. ha ha ha czyli nie tylko ja rozcieńczam, przelewam i kombinuję ;) Witaj w klanie ;)

    OdpowiedzUsuń
  13. Hahaha wiedziałam, że nie tylko ja muszę być tak "uzdolniona" kulinarnie :D

    OdpowiedzUsuń
  14. Haha pośmiałam się trochę:) Mojemu nie przeszkadza żadna ilość soli:) Ja nie solę praktycznie więc solniczka zawsze stoi koło jego talerza:) A z tym poparzonym językiem i brakiem czucia smaku- znam to doskonale- niejedną rzecz tak przesoliłam zanim Młoda zaczęła jeść to co my :)

    OdpowiedzUsuń