Poczekasz sobie

13:53:00


Dla nikogo nie jest żadnym zdziwieniem, że polska służba zdrowia kuleje. Ciągle coś, ciągle gdzieś. Strajk goni strajk. Pielęgniarki się nie poddają i walczą o podwyżki, lekarze załamują ręce. Chcą leczyć a nie mają czym diagnozować. A jeśli już maja czym to i tak okazuje się, że to za mało. A później jest już tylko ciekawiej.


Na samym początku swojego blogowania, w pierwszy poście, pisałam o absurdzie służby zdrowia, polegającym na braku możliwości dodzwonienia się do przychodni celem zarejestrowania dziecka. Wtedy, myślałam, że już nic mnie nie zdziwi. Jaka byłam naiwna... To jedynie ziarnko w całej pustyni piasku.

Sytuacja numer jeden, z lipca tego roku. Dzwonię umówić Młodego do kardiologa. Nie powiem, dodzwoniłam się za pierwszym razem. Przesympatyczna Pani proponuje mi pierwszy wolny termin... na wrzesień. Dodaję wiec szybko, wertując wcześniejszą rozmowę, że ja chciałam prywatnie. Pani informuje mnie "u nas tylko prywatnie". Mam szczękę na podłodze. Ponad dwa miesiące oczekiwania na prywatną wizytę? Jednym słowem katastrofa. Miałam jednak to szczęście, że Pani zechciała wpisać mnie na listę rezerwową. Miejsce się zwolniło i wizytę mieliśmy już w tym samym tygodniu, w którym dzwoniłam zaklepać termin.

Sytuacja numer dwa z teraz. Mamy "nóż na gardle". Musimy szybko zrobić echo. Dzwonię wiec znów do tej samej poradni, co wyżej. Podświadomie liczę na tą listę rezerwową. Zostaje jednak szybko sprowadzona na ziemię, gdyż lekarz, który wcześniej badał Młodego jest na chorobowym i nie wiadomo kiedy wróci. Obdzwaniam więc pierdyliard innych miejsc, żeby coś znaleźć "na już". W efekcie końcowym dzwonię do pediatry Młodego z prośbą o pomoc. Poleca zgłosić się na oddział naszego szpitala rejonowego, gdzie został zakupiony nowy, bardzo dobry i dokładny sprzęt do echokardiografii. Dzwonię więc do ordynatora oddziału i umawiam się na badanie na "pojutrze". Oczywiście prywatnie. Moja radość nie trwa jednak długo...

I tu zaczyna się sytuacja numer trzy. Stawiamy się na umówioną godzinę, rozbieram dziecko, cieszę się, że tak szybko się z tym uporamy a tu klops. Kardiolog przegląda kartę Młodego, wertuje ostatnie echo i stwierdza, że badania nie wykona, gdyż nie zamierza wymyślać parametrów. Usłyszałam: "ja mam sprzęt za 400 tysięcy a przy jego wadzie potrzebny jest sprzęt na milion". Co z tego, że sprzęt jest nowy, dobrej jakości, bada i diagnozuje, skoro nie jest dla wszystkich. Takie przypadki jak nasz, nie są codziennością w mieście, w którym mieszkamy. Szpital nie potrzebował więc lepszego sprzętu. Odeszliśmy z kwitkiem, po raz kolejny w zawieszeniu i pytaniem "gdzie teraz uderzyć?".

W efekcie końcowym dodzwoniłam się do kolejnej warszawskiej poradni kardiologicznej i umówiłam Młodego na echo. Oczywiście prywatnie. Termin: za dwa tygodnie. Absurd. Dlaczego? Dlatego, że jeśli ktoś decyduje się na wizytę prywatną, która do tanich nie należy, chce aby odbyła się ona szybko. Zwyczajnie zależy człowiekowi na czasie. A niektórzy mają niemalże nóż na gardle i muszą mieć diagnostykę "na wczoraj". Terminy jednak rozbrajają niemożliwie.

I to wszystko prywatnie. Na wizytę opłaconą przez NFZ trzeba czekać miesiącami. Pierwsze wolne zapisy są na grudzień 2016 roku albo i dalej. Prywatnie wcale nie jest lepiej. Dzwoniąc z polecenia, podając nazwisko lekarza, który polecił mi zadzwonić w dane miejsce, mogę liczyć na szybszy termin. Dzwoniąc z ulicy, na prywatna wizytę czeka się od  dwóch tygodni do trzech miesięcy. PRYWATNĄ!

Nie ważne jak i gdzie. Wszędzie trzeba swoje odczekać. A potem wszyscy się wielce dziwią, dlaczego my, rodzice chorych dzieci, zbieramy pieniądze, pakujemy walizki i wyjeżdżamy za granicę, żeby tam operować i leczyć maluchy. Dziwią się, że nie chcemy operować dzieci w kraju. Ale to wcale nie tak. My chcemy je operować w kraju. Ale nie mamy takiej możliwości. Wiecie na kiedy mamy wyznaczony termin kolejnej operacji u Młodego? Na "jak się pogorszy proszę dzwonić". A my nie chcemy czekać aż się pogorszy. Jak się pogorszy, nie będzie kogo operować. Jak się pogorszy, spustoszenie będzie tak ogromne, że serce nie wytrzyma kilkugodzinnej operacji.

Żyjemy w kraju absurdu. Kraju, w którym jeśli sami sobie nie zaczniemy szukać drogi do leczenia, nie doczekamy się jej. W kraju, z którego wyjeżdżają najlepsi specjaliści, gdyż chcą leczyć a nie mogą bo zawsze coś. W kraju, w którym na prywatną wizytę z plakietką "pilne" czeka się za długo. W kraju, w którym wszytko jest nie tak...

You Might Also Like

17 komentarze(y)

  1. I tutaj jest jeden z plusów życia na wsi, u nas na szczęście nie ma długich terminów oczekiwania, chyba że jest skierowanie do jakiegoś specjalisty w Krakowie. Ale na naszym terenie wszystko działa szybciutko.

    OdpowiedzUsuń
  2. Daj spokój... Gdy lekarz kieruje nas z adnotacją "pilne" to mam wrażenie, że mi serce staje. Nie zapomnę jak z Brązowookim mieliśmy iść do laryngologa na "już teraz", bo badanie miało się odbyć podczas trwania infekcji. Pani z recepcji zaproponowała nam termin za miesiąc... Ba! Jak ja byłam w ciąży i potrzebowałam ostatniego usg w 36tc, to w recepcji mi powiedziano, że najbliższy termin był za 6 tygodni. Cóż z tego, że wtedy byłabym już po porodzie :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Dokładnie....Ostatnio mój syn miał złamany obojczyk, rejestrowałam się w przychodni na kontrolę po 4 tygodniach a Pani mi mówi, że nie ma na to szans. Pierwszy wolny termin jest za 3 miesiące....To ja jej na to, że "dziecko ma w gipsie chodzić 3 miesiące po terminie zdjęcia"? Absurd goni absurd!

    OdpowiedzUsuń
  4. Służba zdrowia...Wczoraj byłem z dzieckiem na zdjęciu gipsu (tak przy okazji lekarz nawet nie zobaczył ręki tylko wiedział, że trzeba zdejmować) i myślałem sobie o tym siedzeniu na korytarzach, czekaniu. Wtedy myślałem o tym w kategoriach nauki pokory i cierpliwości. Ale jak czytam historie takie jak Twoja to mam gdzieś pokorę i odzywa się we mnie rewolucjonista, który najchętniej porozpierniczałby to i owo. Stworzyć system, który tak ma w dupie ludzi to fenomen.

    OdpowiedzUsuń
  5. Co w tym kraju się odpierd....

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja ostatnio dzwoniłam 40 razy jednego dnia i drugiego 60 razy żeby wbić się na linię i żeby ktoś odebrał telefon...wizyta u ortopedy nas czeka. Dobrze, ze chociaż terminy są krótkie

    OdpowiedzUsuń
  7. Miałam okazję pomieszkać pierwsze półtora miesiąca życia Młodego po szpitalu, na wsi. Fakt, szybko wszystko działa. Przychodź się, cyk numerek i odklepane. Niestety wiedza "więcej jakich lekarzy jest na poziomie PRLu. Nie chcą lub nie mogą się kształcić. Nie wszyscy, mam nadzieję ale ja jakoś na takich trafiam.

    OdpowiedzUsuń
  8. Absurd goni absurd. A najgorsze jest to, że oni nawet nie zostawiają sobie 2-4 miejsc na dany dzień, w razie pilnego przypadku. A wiadomo, że takie są.

    OdpowiedzUsuń
  9. Jak to mądrze podsumowałeś w ostatnim zdani :)

    OdpowiedzUsuń
  10. No, niestety, różnie to bywa, ale i w mieście na niedouczonego można trafić, a na wsi na super specjalistę. Wiadomo, że lepsi do miasta uciekają, ale na szczęście nie zawsze.

    OdpowiedzUsuń
  11. www.kilkuetatowamama.com9 października 2015 10:39

    o żesz w mordę!! Masakra jakaś.
    Powiem Ci, że ja sama czekam 5 miesięcy na prywatną wizytę do endokrynologa. to jakaś kpina jest.

    OdpowiedzUsuń
  12. Hi there, after reading this amazing article i am also glad to share my
    experience here with friends.

    Feel free to visit my blog Scuffle Myth Cheats

    OdpowiedzUsuń
  13. historii o polskiej służbie zdrowia w tle mogłabym ci opowiedzieć tysiące. Czasem chyba lepiej byłoby usiąść i płakać
    www.puffa.pl
    p/s jak się zarejestrować na disqusa?

    OdpowiedzUsuń
  14. I'm extremely impressed with your writing skills and also with the
    layout on your blog. Is this a paid theme or did you customize it yourself?
    Either way keep up the excellent quality writing, it's rare to see a great blog like this one
    these days.

    Feel free to surf to my webpage - scuffle myth ios hack

    OdpowiedzUsuń
  15. Czytając o tym co się wyrabia w Polsce jeszcze bardziej cieszę się,że od lat już tam nie mieszkam ...

    OdpowiedzUsuń
  16. Nie wiem jak jest za granicą. Ale do tego, co jest w Polsce, można się jakoś przyzwyczaić, z czasem...

    OdpowiedzUsuń