Nocą budzą się demony!

22:55:00


W życiu każdego człowieka pojawia się taki moment, że ma wszystkiego dość. Musi odpocząć, oczyścić umysł. Reset całkowity. Nie ważne czy tego chce czy też nie. Musi, bo inaczej zwariuje. Mój moment nadszedł. Chyba zbierał się we mnie przez dłuższy czas - niczym tornado - aby w końcu uderzyć i zmieść moje poczucie spokoju z powierzchni ziemi. Uderzył ze zdwojoną siłą, nie pozostawiając mi drogi ucieczki. W sumie sama tego chciałam. Od pewnego czasu miałam zbyt dużo na głowie, przez co zapominałam o najważniejszym - odpoczynku psychicznym. W efekcie uderzyła trąba powietrzna, zrobiła wielki bałagan i sobie poszła dalej w świat obiecując, że wróci.


Przeklęłam je. Niech idzie w diabły i nie wraca. Nie chcę go. Chcę żyć normalnie, tak jak do tej pory. Chcę się ogarnąć i stanąć na nogi. Nie chcę zrzucać winy na wszystko, tylko nie na siebie. Odpoczęłam. Miałam sporo czasu na przemyślenia. Wiem, że pędząc do celu można sobie jedynie nogi połamać. Szkoda moich nóg. Dziś jestem mądrzejsza o kolejne doświadczenia. Dziś wiem, że takich sytuacji będzie jeszcze mnóstwo, ale tylko ode mnie zależy czy pozwolę sobie przegrać.

Ostatnio nie cieszyło mnie nic. Totalny dół emocjonalny. Dno dna wszelakiego zostało dotknięte. Pisałam tekst o nastoletnich ojcach, a tak naprawde nie wiedziałam po co to robię. Żaden komentarz - pozytywny czy negatywny - nie robił na mnie wrażenia. Urosły mi skrzydła, gdy zdobyłam swój tekst na głównej u MR z okazji cotygodniowego dnia ojca, ale tylko na chwilę. Późnij same odpadły. Nie potrafiłam się z tego cieszyć, choć jeszcze miesiąc temu odtańczyłabym pewnie taniec radości. A wtedy mnie to ledwo obeszło. I z samą sobą było mi tak źle.

Wiesz, był taki moment w którym myślałam, że popadam w depresje. Sama myśl o tym mnie przeraziła. Ja i depresja. Niemożliwe, nierealne... Miałam ochotę wyć nad samą sobą. A tak naprawdę nic mi się nie chciało. Miałam ochotę rzucić to wszytki w cholerę i uciec. Uciec jak najdalej stąd. Znasz ten moment, gdy masz ochotę wyjść do sklepu po cukier i zapomnieć drogę do domu? Właśnie tak miałam. Gdzieś tam, w środku, walczyłam sama ze sobą. Tylko nie wiem po co...

Wydawało mi się, że wszystko muszę. Muszę zrobić to, napisać tu, odpowiedzieć na kilkadziesiąt wiadomości dziennie, odebrać kilkanaście telefonów... Muszę! Kuźwa, ja nic nie muszę. Może coś się zawali, ktoś poczuje urażony, olany... Trudno. NIE MUSZĘ SIĘ CIĄGLE UŚMIECHAĆ, choć nie umiem inaczej. Ot, taki paradoks. Wiecznie z bananem na twarzy, przekraczając próg mieszkania zdejmująca maskę... Lubię się uśmiechać. Robię to mechaniczne. W sytuacjach stresowych, na złe nowiny reaguję uśmiechem. Ale gdzieś mi ostatnio ten uśmiech zwiał. Dobrze, że na fejsie są emotikony. Improwizorka dobra sprawa.

Nie, nie! Naprawde Was lubię. Moje komentarze na Waszych blogach czy profilach na fejsie, były w stu procentach prawdziwe. Tylko czasami, w niektórych - choć nie wszystkich - przypadkach, emotek nadużywałam. I to zamotanie z poplątaniem... To był początek, sygnał. A ja, zamiast zareagować od razu, wchodziłam w głębsze błoto. Tu coś skomentowałam od gwizdka, tam walnęłam durnowatym pytaniem. Zamiast się palnąć w czoło brnęłam w to dalej. Powiesz "masz dużo na głowie", "umknęło ci, nic się nie dzieje". Masz rację. Ale to nie usprawiedliwia mojego tumaństwa. Przepraszam.

Demony budzą się nocą. A dokladnie bliżej północy.
Zajadając smutki wielką michą makaronu, doszłam do sedna mojego problemu. Tak naprawde nadal nie wiem co nim było, ale znalazłam złoty środek, który mnie (pośrednio) uszczęśliwił - powiedzmy.
Zwolnić! Zwolniłam. Ponad trzy dni byłam offline na Babskiej. Zero postów, zdjęć, słodkiego pierdzenia dla podtrzymania zainteresowania stroną. Jedynie 2 komentarze w odpowiedzi i jedna wiadomość. A na blogu głucha cisza. Lepsze to, niż pisanie o margarynie.

Czy to początki depresji? - Nie sądzę.
Przemęczenie materiału? - Raczej nie.
Wypalenie blogowe? - Nie wydaje mi się.
Więc co?

...

Nie wiem. Wiem natomiast, że następnym razem kopnę to coś w dupę i wyślę w kosmos. Albo się zamknę na chwilę. Zrobię cokolwiek, byle nie siedzieć w środku nocy z michą żarcia, oglądając "Ojca Mateusza" (nawet tego serialu nie lubię) i zawieszając się na pojedynczych sekundach. Mam dość użalania się nad sobą, gdy tak naprawdę nie mam powodów do tego użalania.

Wróciłam. Dzień dobry. Musiałam to wszystko z siebie wyrzucić. Jest mi jeszcze lepiej, niż 30 minut temu. Już tu zostanę, i będę się uśmiechać bo chcę a nie dlatego, że wydaje mi się, że muszę.

You Might Also Like

27 komentarze(y)

  1. Dzień dobry! :) To kiedy jakiś nowy wpis? ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Kochana, wiadomo, że nie jest Ci lekko w obecnej sytuacji, więc masz wszelkie podstawy do różnych nie najlepszych nastroi. Ja i tak Cię podziwiam! Moje dziecko też choruje od początku września, choć oczywiście nie jest to jakieś bardzo poważne, a mnie to totalnie dołuje i pozbawia radości życia i energii.
    Nie mam tylko problemów z nocnymi demonami, bo zawsze zasypiam natychmiast, gdy tylko położę głowę na poduszce, ale w dzień chodzę ciągle oklapła i zmartwiona.
    Dobrze, że już u Ciebie lepiej - faktycznie, czasem trzeba zwolnić, czasem się zatrzymać, różne etapy są w życiu, raz na wozie, raz pod wozem, ale byle do przodu! :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Dobrze, że chcesz, a nie musisz :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Dzień dobry:) mam wrażenie, że faktycznie "musiałaś to z siebie wyrzucić", więc nie będę pisać żadnych pseudomądrych diagnoz. Miło Cię widzieć, po prostu:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Widziałam, że Cię nie ma. Ale takie przerwy czasem dobrze robią, wraca się z większym entuzjazmem i w ogóle. Ja offline jestem zwykle weekendy, choć coś tam planuję wcześniej do publikacji, żeby nie było pustek. Dawno zmieniłaś grafikę? Bo ja dopiero dziś zauważyłam, ale przyznaję, że mam wiele zaległości na ulubionych blogach:-(

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja się dołowałam nie wiadomo czym. Za dużo sobie nałożyłam. Ale i do tego trzeba dojść po swojemu.

    OdpowiedzUsuń
  7. Diagnoza - szaleństwo. ;)
    Mi miło widzieć, że czekaliście :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie. Niedawno. Może z tydzień temu. Grzebałam troche, żeby się czymś zająć. Jeszcze jest to do dopracowania, ale już może być, chwilowo.

    OdpowiedzUsuń
  9. Nie musisz się nam tłumaczyć. Jesteś dla siebie najważniejsza i powinnaś o siebie dbać. Inni to zrozumieją. A jak nie, to nie są warci twojej uwagi. Trzymaj się ciepło :-*

    Ładnie tu u ciebie :-)

    OdpowiedzUsuń
  10. Dzięki. Ale jeszcze muszę to dopieścić. Znalazłam fajny szablon. Nawet go wgrałam. Ale się okazało, że trzeba przy nim trochę grzebać, żeby się wszystkie gadżety wyświetlały. Także muszę to sobie zostawić na lepszy dzień.

    OdpowiedzUsuń
  11. Dzięki. Już się trochę pozbierałam. Ale nie zamierzam pędzić. Wystarczy, że ostatnio moje życie zasuwa w ekspresowym tempie. Najwyżej nie zdążę go dogonić ;)

    OdpowiedzUsuń
  12. To się nazywa urlop. Potrzebny na regenerację sił własnych! Też tak czasami mam ;)

    OdpowiedzUsuń
  13. Ja, jak tak sobie pogrzebałam, to rozwaliłam cały blog;-) tyle, że jestem ciemna w tym temacie;-) Ale pomogła mi specjalistka i uratowała wszystko;-)

    OdpowiedzUsuń
  14. mama-pelen-etat.blogspot.com23 listopada 2015 15:06

    Najważniejsze, że to wierzyć w siebie i przeć do przodu, nie ważne, co mówią inni :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Takie zapęzdzenie się przed siebie, to straszna rzecz, brrr, i potrafi zmienić wszystkie przyjemności w przykre obowiazki, któe zniechęcają dalej i dalej i dalej. Dobrze, że znalazłaś swój przystanek na trasie i wszystko wraca do normy :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Idąc Twoim tokiem rozumowania musialabym wrzucać po 10 dziennie a i tak byłoby mało. Przypominam Ci, że u Ciebie też wszystkie stare!
    P.S. Zawsze możesz pogrzebać w archiwum.

    OdpowiedzUsuń
  17. Grzebię w archiwum systematycznie :P. A co do wycieczek pod adresem mojego blogaska to... to bolało. Nazwać nowy blog starociem ;( Jak żyć.

    OdpowiedzUsuń
  18. Ej, no! Przepraszam bardzo. To mój niby stary? Jeszcze roku nie ma. Ba! Nawet 7 miesięcy nie skończył. Ledwie siedzi, za miesiąc, dwa zacznie raczkować.

    OdpowiedzUsuń
  19. Każdy potrzebuje odpoczynku :) Dobrze, że udało Ci się zregenerować :)

    OdpowiedzUsuń
  20. Dzień dobry już posmarowałam Tobą chleb! ;) Dobrze, że wracasz :) Choć rozumiem i popieram taki detoks - czuję gdzieś w kościach, że mogłybyśmy się zakolegować i w realu :)

    OdpowiedzUsuń
  21. Trzeba czasem z siebie wszystko wyrzucić- wiem po sobie, że życie staje się wtedy łatwiejsze :)

    OdpowiedzUsuń
  22. Ja byłam offline prawie 3 tygodnie. Czułam, że muszę odpocząć i mi się to udało. Nie lubię nic robić na siłę, a blogowanie zawsze może poczekać, zwłaszcza że nie spędzają mi snu z powiek statystyki i followersi. Teraz mam pomysły na fajne wpisy i to jest najważniejsze :).

    OdpowiedzUsuń
  23. Chyba wiem o czym piszesz. Zdarzają mi się dni, kiedy czuję wypalenie. Z początku nie wiedziałam co to jest, ale moje samopoczucie i niechęć do pewnych rzeczy uświadomiły mi, że coś się dzieje i że coś z tym muszę zrobić. Tak więc, od czasu do czasu robię przerwę w tym z czym tak pędzę i łapię wtedy fajny dystans. Teraz wiem, że takie przerwy są niezbędne, a z perspektywy czasu nie ma to żadnego znaczenia, że przez chwile nas nie było. Ważne, że się wraca i to często ze zdwojoną siłą. I tej siły właśnie Ci życzę.

    OdpowiedzUsuń
  24. No właśnie, sama świetnie to ujęłaś: Nie musisz się ciągle uśmiechać. Każdy ma prawo do gorszych dni, obniżonego nastroju. wyobrażam sobie, że masz teraz masę an głowie i wielki ciężar na barkach. Zadbaj o siebie. Ci wrażliwi i wierni na blogu pozostaną...

    OdpowiedzUsuń