Myślisz, że dobro wraca?

16:02:00


Kiedyś pisałam o tym jak bardzo zgubna potrafi być zbyt duża empatia. Nadal trzymam się tego zdania. Doświadczona przez okrutny los, nauczyłam się, że nie warto pomagać ludziom, którzy pukają do moich drzwi i proszą o pieniądze na kosztowne leczenie, terapie czy operację. Nauczyłam się również, że pomagając takim "domokrążcom", pozbawiam realnej pomocy tych, którzy naprawdę jej potrzebują. Kiedyś wzruszyła mnie historia kobiety, która zbierała na leczeni chorego na białaczkę syna. Byłam tym tak wstrząśnięta, że oddałam jej ostatnie 20 złotych z nadzieją, że choć trochę pomogłam. 


Jaka byłam naiwna. Rok później znów zapukała do moich drzwi z prośbą o wsparcie. Tym razem chora na raka była jej matka, a ona nawet dzieci nie miała. Niewyobrażalnie zawiodłam się na ludziach. Poznałam smak goryczy i przegranej. Tak, przegrałam. Przegrałam sama ze sobą. Dałam się wkręcić. Jak trzyletniemu dziecku, wciśnięto mi ciemnotę, a ja łyknęłam, bo przecież sama mam chore dziecko i doskonale wiem jak wiele kosztuje walka o każdy dzień. Nie byłam wściekła na tą kobietę, która tak bezczelnie mnie oszukała, a na siebie, że dałam się tak oszukać. Człowiek uczy się na błędach. To był ostatni w tej kategorii.

Dziś, gdy do moich drzwi puka ktoś z prośbą o pieniądze - nie daję. Nie i już. Nikomu nic do tego dlaczego jestem taka "okrutna". Jest milion innych sposobów na pomoc i ich się trzymam. Nie dam jeśli nie wiem, że naprawdę jest taka potrzeba. Nie wybieram, nie losuję. Kieruję się sercem. Wolę pomóc choć jednej osobie, w najmniejszy z możliwych sposobów, niż nie pomóc nikomu. Każdy z nas może się kiedyś znaleźć w takiej sytuacji, w której jedynym wyjściem będzie proszenie, żebranie. Każdy. Na nieprzewidywalny przebieg życia nie ma się wpływu, choćbyśmy się nie wiem jak bardzo starali.

Pomagam jak mogę, na ile mnie stać finansowo. Wierzcie mi, nie mam miesięcznego wpływu na konto, w wysokości półtorej średniej krajowej. Liżę najniższą krajową i się cieszę, że co miesiąc jest na czas. Ale zawsze próbuję wysupłać chociaż te 10 złotych, bo wiem, że wystarczy kilkaset osób, które dadzą dychę, żeby uratować czyjeś życie. Ostatnim czasem, moim przyjacielem stał się portal SiePomaga, gdzie potrzebujących jest bez liku. Nie tylko dzieci, ale i dorosłych. Niejednokrotnie czytam niektóre historie po 10 razy, żeby wiedzieć czy położyć swoja cegiełkę tu, czy też gdzie indziej. Ale bez względu na to jaką decyzję podejmę i komu ofiaruję swój grosz, wiem, że przybliżam tą osobę do celu. Wiem, że jej w pewien sposób pomagam. Bo czasami właśnie tych kilku groszy może zabraknąć. 

Myślicie, że dobro wraca? Nieprawda. Ono wcale nie wraca. Nie doświadczamy go w małych gestach i codziennym życiu. Pewnie się teraz ze mną nie zgodzicie. Pomyślicie, że mi odbiło, bo przecież ten zielony suwak na naszej zbiórce, ciągle przesuwa się do przodu, a tym samym przybliża nas do celu. Pozwólcie wiec, że coś Wam opowiem.

Jesienią znalazłam pod sklepem kartę do bankomatu. O zgrozo wszelaka, taką z systemem płatności zbliżeniowej. Pierwszą rzeczą, jaką zrobiłam po powrocie do domu, było odpalenie fejsa i napisanie postu, że mam i oddam właścicielowi. Właściciel się znalazł po 30 minutach. A po kartę przyjechał po kilku godzinach. Przez tych kilka godzin trzęsłam portkami. Bo co innego mieć na stole zwykłą kartę, a co innego taką, którą można zrobić zakupy multum razy, aż do wyczerpania środków na koncie. Stres był ogromny. I jeszcze długo po jej oddaniu miałam strasznego stracha, że ktoś z tej karty skorzystał i wyrzucił, po czym ja ja znalazła. 

Wtedy pewna osoba powiedziała mi, że dobrze robię szukając właściciela, bo "dobro wraca". Prychnęłam śmiechem. Wiecie, moje dobro gdzieś przepadło i za chiny nie chciało do mnie wracać. Całe życie starałam się być życzliwa dla innych, pomagać, wspierać, pocieszać. Potrafiłam oddać ostatnie pieniądze z nadzieją, że ratuję czyjeś "być albo nie być". I przez 25 lat nigdy nic do mnie nie wróciło, nawet w najmniejszym stopniu. Wręcz przeciwnie, wiecznie kłody pod nogami. Powiedziałam wtedy, że "moje dobro się chyba kumuluje i jak już wróci, to mnie tak palnie swoja dobrocią, że się przewrócę od siły uderzenia".

I się słowa czynem stały. 5 listopada mnie to dobro palnęło. A potem przez kilkadziesiąt dni z rzędu tak we mnie waliło, że wyłam jak bóbr. Tych dobrych ludzi, którzy czynili i czynią dobro dla mnie, wysyłają pozytywne fluidy, są setki jak nie tysiące. Ich liczba ciągle rośnie.
Wiecie, dobro nie wraca małymi kroczkami. Dobro się kumuluje. Jak już zbierze się w ilości nie do utrzymania, to uderza. Uderza z siłą, której nie sposób opisać. Tak wali, że się płakać chce ze szczęścia. Z tego szczęścia, że wokół jest tylu ludzi, którzy potrafią dać od siebie tak wiele za zwykłe "dziękuję".

You Might Also Like

44 komentarze(y)

  1. A tam. Styknie jedno małe 'dobro' które wyleczy Twojego syna:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ależ proszę. Chusteczkę? :*

    OdpowiedzUsuń
  3. Na Ciebie to mi już łez brakuje. O chusteczkach trzeba było pomyśleć przed puszczeniem filmu. No chyba, że taki był Twój zamysł, żebym się poryczała jak bóbr.

    OdpowiedzUsuń
  4. To jest właśnie ta kumulacja. Jeśli Twoje jeszcze do Ciebie nie wróciło wiedz, że jak nadejdzie to się przewrócisz :)

    OdpowiedzUsuń
  5. No przecież! Toż to moje hobby i specjalność - doprowadzenie ludzi do płaczu! Albo do szewskiej pasji jak kto woli ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ale ja się szybko wzruszam. Pisząc swój post też się poryczałam :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Myślę, że w większej mierze zalezy to od osoby niż okoliczności.

    OdpowiedzUsuń
  8. Wraca, wraca i do Ciebie wróciło w najbardziej odpowiednim momencie <3

    OdpowiedzUsuń
  9. Święte słowa. Tyle powiem, bo na tyle mnie w tej chwili stać. Jeśli pomagać- to z głowa. Kumulacja nastapi w najmniej i najbardziej odpowiednim momencie.

    OdpowiedzUsuń
  10. Mam nadzieję, że zbiórka idzie w najlepsze, że jest coraz większa suma;-)

    OdpowiedzUsuń
  11. Oj tak. Już prawie 25%. I licytacja pięknie idzie.

    OdpowiedzUsuń
  12. Szczerze to mogło mi się inaczej skumulować. Uszczęśliwiłabym siebie i pól świata.

    OdpowiedzUsuń
  13. Niech nie przestaje. Jeszcze 3/4 przed nami.

    OdpowiedzUsuń
  14. Trzymam mocno kciuki żeby spływało jeszcze obficiej!

    OdpowiedzUsuń
  15. Można powiedzieć, że czekało na tą najcięższą chwilę. Wiedziało, że ze wszystkim innym poradzisz sobie sama :) A co jak się okaże, że teraz to nie dobro, że ono nadal czeka na tą najtrudniejszą przeprawę?

    OdpowiedzUsuń
  16. Skoro tak, to ja czekam na szóstkę w totka ;)

    OdpowiedzUsuń
  17. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że wszyscy czekamy na szóstkę w totka :)

    OdpowiedzUsuń
  18. I widzisz, dobro zawsze raca! Trzymam mocno kciuki!

    OdpowiedzUsuń
  19. Kasia Kwiatkowska20 grudnia 2015 11:23

    Ja też niejednokrotnie doświadczyłam tego, że dobro powraca. Ale powraca wtedy, kiedy ono chce, a nie wtedy, kiedy my chcemy. Ale przychodzi, kiedy naprawdę jest nam źle, od ludzi, po po których wcale się tego nie spodziewamy.
    http://jbsios79.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  20. Nie, nie wierzę, że dobro wraca. Może dlatego, że do mnie nigdy nie wróciło.
    Podobnie jak nie wierzę, gdy o kimś niedobrym, kto zawsze spada na cztery łapy, mówi się, że karma do niego wróci... Wróci albo nie wróci i się prześlizga przez życie na farcie. Znam takich.
    Ale nie to jest teraz ważne, ważne, że do Ciebie wróciło i wraca!!!
    Bardzo dużo tego dobra Wam teraz potrzeba :)
    Wysyłam swoje: wszystkiego dobrego :)

    OdpowiedzUsuń
  21. Wierzę w to, że dobro powraca lub jak to określasz kumuluje się po to, żeby powrócić. Pomagam wielu osobom, ale nie analizuję kto, kiedy i z czym do mnie wraca. To, że mojej rodzinie dopisuje zdrowie, jesteśmy szczęśliwi i potrafimy pokonywać problemy, mamy przyjaciół i życzliwych ludzi wokół jest dla mnie wystarczającą nagrodą.
    Tobie i synkowi życzę, żeby dobro "uderzyło" w Was z całą siłą szybciej niż się tego spodziewacie :-)
    Rodzinnych i szczęśliwych Świąt Ci życzę.

    OdpowiedzUsuń
  22. Dużo tego dobra teraz potrzebuję, więc biorę wszystko. Dziękuję i wzajemnie super odlotowych Świat :)

    OdpowiedzUsuń
  23. Masz w sobie mnóstwo dobra i wysyłasz je w świat. Przyjdzie taki moment, kiedy do Ciebie wróci. A o tych, co mają więcej szczęścia niż rozumu się nie martw. Kiedyś im się wszystko ziści.

    OdpowiedzUsuń
  24. Mogłoby trochę szybciej przybywać, ale dobrze, że w ogóle idzie :)

    OdpowiedzUsuń
  25. Dzięki temu jest większa szansa, że któreś z was w końcu ją trafi :)

    OdpowiedzUsuń
  26. Też trzymam kciuki. :) A czy dobro wraca?
    Nie wiem czy wypada to pisać, ale szczerze mówiąc to wątpię...To co się dzieje to Twoja zasługa. Bez Twojego zaangażowania, oddania, pracy, pomysłów nie byłoby tych innych ludzi. W zasadzie to można powiedzieć, że masz szczęście, bo masz taką siebie. :)

    OdpowiedzUsuń
  27. Zgodzę się (nieskromnie), że dużo pracy w to wkładam i o dziwo się nawet wyrabiam. Ale wierz mi, że gdyby nie było tych wszystkich ludzi, którzy proponowali różnego rodzaju pomoc, to by to tak prężnie nie szło. To wszystko nasza zasługa, nasz wspólny wkład i działanie. I Twoja też! Bo wiesz, bez DW nie byłoby takiego poruszenia. Wiem co piszę :)

    OdpowiedzUsuń
  28. Ale mnie nie byłoby bez Ciebie. Więc znowu wychodzi na moje.;) Rozkręciłaś lawinę. :)

    OdpowiedzUsuń
  29. "Bądź jak kamień, stój, wytrzymaj
    Kiedyś te kamienie drgną
    I polecą jak lawina
    Przez noc, przez noc, przez noc". - Krystyna Prońko.

    Moje ulubione, pasuje do wielu sytuacji :)

    OdpowiedzUsuń
  30. Trzymam kciuki za Was i cieszę się, że są jeszcze ludzie, którzy chcą pomagać. Swiąteczne uściski dla całej rodziny!

    OdpowiedzUsuń
  31. Dobro wraca, ale wtedy, kiedy
    a. Najbardziej go potrzebujemy
    b. Najmniej się go spodziewamy :)


    Szczerze przyznam, że kiedy przeczytałam historię Franka po raz pierwszy, poryczałam się jak bóbr. Tym bardziej, że obok mnie bawił się mój mały, całkiem zdrowy synek.
    I tak, od tego pamiętnego postu u Miniaturowej, co chwilę podsyłam a to dychę, a to pięć dych, a to stówę... i nie przesadzę kiedy napiszę, że kilka razy dziennie sprawdzam, czy zielony suwaczek się przesuwa do przodu. :)


    Jeszcze trochę i Franek będzie zdrowy. Kibicuję Wam najbardziej na świecie. :)

    OdpowiedzUsuń