Muszę, bo chcę

16:06:00

"Niechcemisie" - czyli najpopularniejszy zwrot w moim języku. Tak bardzo, jak mi się nie chce i jak często to następuje, to chyba nikt nie ma. Jestem leniwa do jementu, uwielbiam narzekać i często mam pretensje do całego świata o wszystko co i tylko, czyli ogólnie - całokształt twórczości. Taki już ze mnie nieogarnięty typ. Ale lubię ten swój nieogar, lubię czasami nie chcieć i przede wszystkim uwielbiam wysoko stawiać sobie poprzeczkę, żeby później móc z ogromną satysfakcją przeskakiwać pół metra nad nią. Jestem Zosia-Samosia. Codziennie MUSZĘ, bo CHCĘ.

Nie wyobrażam sobie tego, że miałabym kiedykolwiek robić coś z musu. Tylko dlatego, że tak wypada, że tak być powinno. Nie, ja nic nie muszę robić na siłę. Nigdy się do niczego nie zmuszam. Nie mam aż takich polotów, żeby na siłę udowadniać wszystkim, iż nie jestem wielbłądem, a tym bardziej nie czuję potrzeby robienia czegoś tylko po to, aby było - bo muszę. Ja nie muszę, ja chce. A jeśli mówię, że muszę to znaczy nie więcej, nie mniej niż tyle, że chcę. Tak zwyczajnie po ludzku chcę. 

Jakoś się tak utarło, że słowo "muszę" jest w polskim słowniku na spalonej pozycji. Bo "muszę" z automatu oznacza coś negatywnego, nakazującego wykonanie danej czynności. Jakby to "muszę" - wręcz na siłę -  wciskało człowiekowi konieczność wykonania określonego zadania. A ja uwielbiam nadużywać tego słowa w zupełnie innym znaczeniu i totalnie innym kontekście.

Nawet sobie nie jesteście w stanie wyobrazić tego, ile razy mówiłam, że muszę iść po zakupy, a tak naprawdę zwyczajnie chciałam po nie iść, przewietrzyć głowę, odsapnąć, zrelaksować się w zupełnej samotności, bez trajkotania i ciągłego wrzeszczenia do ucha. Zawsze, gdy mówię, że muszę napisać tekst na bloga, uśmiecham się do siebie, bo wiem, że nie muszę. Nie muszę, bo ja po prostu chcę go napisać. Bo mam pomysł, mam koncepcję, mam w głowie całe zdania i pełne akapity. Muszę je przenieść na wirtualny papier, żeby nie wyparowały. 

Nie lubię odkładać niczego "na potem". Nie lubię zastanawiać się nad tym, co by było, gdybym zrobiła coś inaczej. Jestem impulsywna, działam pod wpływem chwili. Mam pięćset pomysłów na minutę. Jeśli chce o czymś napisać, to siadam i pisze, bo wiem, że za kilka godzin w mojej głowie nie będzie już tych zdań, takiej samej koncepcji i tak idealnie poukładanych myśli. Co jest tu i teraz, jest tym najlepszym. 

Muszę, bo chcę. Bo mam plany, marzenia i cele. Bo czuję potrzebę ciągłego dążenia do określonych wartości, rozwijania się, spełniania własnego "ja". Chcę być te pół metra nad zawieszoną poprzeczką, która wisi zdecydowanie za wysoko. Mam te ambicje, żeby spojrzeć w lustro i móc do siebie powiedzieć "jest zaj@#$ście, a ty jesteś świetna". Muszę, bo przede wszystkim chcę musieć i wiem czego pragnę. I.. bardzo lubię, gdy tak zwyczajnie muszę. 

You Might Also Like

4 komentarze(y)

  1. Ja bym dodał, że warto przy boku mieć te druga połówkę, która kopnie nas tam gdzie trzeba, gdy trzeba a nam właśnie się nie chce ;)
    Polecam. Tzn posiadanie połówki, nie kopanie.

    OdpowiedzUsuń
  2. U mnie jest całkiem podobnie, tylko to "muszę" zaczęło mnie trochę męczyć i brzmiało dla innych właśnie tak, jakbym narzekała. Zaczęłam się pilnować i zamiast "muszę" mówię "chcę". Niby to nic, ale sporo zmienia, bo i mnie jeszcze bardziej się chce coś robić, a dla innych przestałam być narzekającym jęczydłem.

    OdpowiedzUsuń
  3. Kaczmarkowa Kraina23 listopada 2016 19:27

    Najczęściej używane słowo przez ludzi którzy nie lubią swojej pracy, chodzą bo muszą bo trzeba gdzieś pracować. Nie lubię mówić , że coś muszę mówię raczej "mam coś do zrobienia " albo "to teraz zrobię" niby nic ale brzmi lepiej. Bo tak naprawdę powinniśmy robić tylko to czego chcemy a nie to musimy....

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja też wolę chcieć niż musieć i choć spada na mnie wiele obowiązków, to wychodzę z założenia, że są to rzeczy do zrobienia, a nie zastanawiania się czy muszę je zrobić. Po prostu je robię. Zresztą przy każdego rodzaju czynności można znaleźć coś swojego, coś co sprawia nam drobną przyjemność lub wręcz obrócić ją w coś kreatywnego, można inaczej ją wykonać lub wyciągnąć z niej nowe wnioski dla siebie. Boję się sytuacji, kiedy widziałabym wszystko w czarnych barwach, nie znoszę stagnacji i rutyny (w tym złym tego słowa znaczeniu), dlatego zawsze szukam pozytywów sytuacji, w której się znajduję. Najczęściej jednak nie mam czasu zastanawiać się nad prozą życia i to mnie chyba m.in. ratuje od malkontenctwa ;-)

    OdpowiedzUsuń