Do zwariowania jeden krok

15:12:00

Siedzimy w domu już trzeci tydzień. Trzeci! Dzień siedemnasty. Mój mózg przetwarza to bardzo kiepsko. On się cieszy - toż to prawie jak wakacje. Ja wariuję. Zdecydowanie za długo tego posiedzenia, ale z braku innych możliwości - powtarzam sobie z uporem maniaka - że trzeba. Dam radę. Bo jak nie ja to kto? Ale wysiadam. Wysiadam, bo mam w domu niespełna sześcioletnie tornado, które nudzi się jak mops i sam nie wie czego chce.

Siedzi sobie to pięć z kawałkiem, a obok ja - dwadzieścia plus zus. Jego czarne oczyska świdrują mnie na wylot. On coś knuje, jak zawsze. Biorę dziecia na spacer, żeby zapobiec jakiejś katastrofie, która wyraźnie wisi w powietrzu. Po drodze zakupy, apteka, jakaś urzędówka.  Wpadam na pocztę witana kolejką.  Obok mnie On, nie szczególnie zadowolony z tego, że musimy stać i czekać. Ale stoi. Odsyłam go do przeglądania prasy. Cisza. Przekopywanie się przez kolorowe magazyny zawsze działa.

Wracamy do domu. Robię obiad odganiając natrętną muchę. W miedzy czasie przypominam, że nie je się cukierków przed obiadem. "Ale ja zjem obiad!" - słyszę. Niekonsekwentne wychowanie nie popłaca.  Siadam z książką. Ciszy potrzebuję - ciszy. Nic z tego, bo mały szogun ma swój prywatny plan na to popołudnie, w który nie raczył mnie wtajemniczyć - oczywiście. Wieczór! Gdzie ten wieczór ja się pytam? Gdzie to zdrowie? Kiedy on w końcu pójdzie do przedszkola i da odsapnąć?

Potrzebuję się wyrwać z tego codziennego zapętlenia. Wychodzę wieczorem wynieść śmieci. Ukradkiem biorę torebkę. Błąd - on już czeka w drzwiach i chce iść ze mną. Chce iść ze mną wynieść śmieci? Serio? Nawet chwili spokoju... Stawiam opór i wychodzę sama. Po drodze muszę jeszcze wpaść do spożywczego po mleko. Coś czuję, że w sklepie będzie mega długa kolejka. Musi być, więc idę do biedry.

Niemalże z namaszczenie przeglądam każdy regał, obracać w dłoniach dziesiąty kubek z wielkiej promocji wyprzedażowej, czytam opisy wszystkich książek z biblioteczki. Biedra mnie nie zawodzi. Ludu niby mało ale za to kolejki kosmiczne. Biedra rozumie i zostawia tylko jedną otwartą kasę. I niech ktoś powie, że oni to robią przypadkiem. Nie spieszy mi się. Muszę przewietrzyć głowę. Już dawno odzwyczaiłam się od dziecięcego harmidru i jarmarku na pełnej petardzie. 

Nikt nie dzwoni, nie dobija się. Czyli nie jest źle. Jakoś sobie beze mnie radzą. Ale wszystko co dobre kiedyś się kończy i muszę wrócić do domu. Przecież nie skitram się pomiędzy alejkami i nie będę spać na palecie z colą. Wracam, a On czeka z uśmiechem numer osiem i pytaniem "co mi kupiłaś?". Wróciłam za wcześnie. Jeszcze nie trybię. Byle do dwudziestej, byle do dwudziestej... Moje trybiki w mózgu strasznie głośno skrzypią i nie nadążają za przetwarzanymi informacjami. 

Kładziemy się spać rozmawiając o całym dniu. Czasami stawia opór, czasami kładzie się bez marudzenia. Jutro też jest dzień. Taki sam, z nim przy boku. Dla odmiany może trochę pomarudzi albo wyzbędzie się ostatniego grama dobrego humoru. Od zwariowania dzieli mnie jeden krok, ale gdyby nie On zanudziłabym się na śmierć.

You Might Also Like

1 komentarze(y)

  1. Antyterrorystka23 lutego 2017 18:54

    Przerabiam to samo...przymusowe siedzenie z dzieckiem w domu to koszmar dla osoby, która ledwo się z tego wyrwała:-) ale dzieci w końcu nam urosną i pójdą w świat, wtedy będziemy za tym tęsknić

    OdpowiedzUsuń